Popularne posty

czwartek, 31 marca 2011

„Sekret” – prawda czy takie tam …? Cz. 3 i ostatnia (wer. robocza A+)


Na pytanie: „Co jest potrzebne aby metody, których używamy by pokierować swoim życiem, były rzeczywiście skuteczne?”, większość z nas odpowie zapewne, że „WIARA”. Istnieje jednak coś znacznie lepszego niż wiara. Coś, co powoduje, że prawa umysłu działają z niezawodnością równą prawu grawitacji, a nawet lepszą.

Tym czymś jest WIEDZA! Niezachwiana pewność, że jeśli podrzucimy piłkę, ta musi spaść na ziemię, że jeśli „wyślemy” życzenie, to ono się spełni.

Ale, po kolei – najpierw wiara.

„Według wiary waszej niech wam się stanie”. Zanim Jezus wypowiedział te słowa do niewidomych, zapytał ich najpierw: „Wierzycie, że mogę to uczynić?”.  Dopiero, kiedy odpowiedzieli twierdząco, wypowiedział zdanie, które uruchomiło „cud” uzdrowienia. Tak naprawdę cudów nie ma, ale są tzw. „prawa umysłu”, które naprawdę działają.

Jezus dokładnie wiedział, co robi. Wiedział, że niewidomych uleczy ich własna wiara i Moc Boża, którą mają w sobie. Potrzebowali jedynie impulsu, który tę wiarę wzmocni – potrzebowali Mistrza, którego niekwestionowany autorytet pomógłby przełamać ich wątpliwości – ich ugruntowane przekonania o tym, co jest możliwe a co nie.

Zauważcie także, że kiedy niewidomi odzyskali wzrok, Jezus przestrzegł ich by tego nie rozgłaszali. Wiedział bowiem, że słowa zwątpienia, wypowiedziane przez postronną osobę mogą łatwo zachwiać wiarą ozdrowieńców, a tym samym zniweczyć delikatny, nieutrwalony jeszcze w ich ciałach i psychice, efekt uzdrawiający tej wiary.

Jak widać, stary obyczaj, aby „nie zapeszać”, ma całkiem solidne uzasadnienie i może warto się go trzymać (na wszelki wypadek). Jeśli już koniecznie chcecie się komuś zwierzyć ze swoich planów albo podzielić się Waszą radością, że „sukces jest tuż, tuż”, to starannie dobierajcie osoby, którym się zwierzacie, ograniczając się do tych, które są wam życzliwe ponad wszelką wątpliwość.

Jezus, jako jeden z Mistrzów, zdawał sobie sprawę, że wiara to „rzecz” delikatna i chimeryczna. Nie mógł jednak zaoferować wiedzy ludziom kompletnie na nią nieprzygotowanym. Wiara jest pierwszym krokiem – wstępem do uzyskania wiedzy. Odrobina wiary, na początek, jest naprawdę niezbędna.

Ktoś pisze w jakiejś książce, że ta lub inna metoda działa na każdego, niezależnie od tego czy praktykujący ją człowiek wierzy w jej skuteczność czy też nie. Zauważcie jednak, że jeśli ktoś sięgnął po „taką” książkę, a następnie spróbował metody, to jest to – ni mniej ni więcej – przejaw jego wiary, że można coś zrobić, że można coś zmienić, właśnie w taki sposób!

Jeśli więc szukacie metody, aby zmienić swoje życie na lepsze, potrzebujecie tylko wzmocnić swoją wiarę, by następnie zyskać pewność – czyli wiedzę. Aby wzmocnić wiarę:

Możecie poszukać jakiegoś mistrza i zwrócić się do niego o pomoc.

Takim współczesnym mistrzem może być dla Was trener – np. trener rozwoju osobistego, trener sukcesu lub trener życia, który w wyrafinowany sposób, poprzestawia co trzeba w Waszych „głowach”. Zmieni Wasze priorytety i uzmysłowi Wam jak ważna i potrzebna jest ta zmiana, którą chcecie w swoim życiu przeprowadzić. Przekona też Waszą podświadomość i świadomość, że jesteście w stanie z powodzeniem dokonać takiej zmiany. I … gotowe!

Trener, to nikt inny jak uwspółcześniony Guru lub Mistrz, znany nam głównie z prastarej tradycji wschodu. Tylko, że w unowocześnionej wersji ma on o wiele mniej czasu, więcej kosztuje i orientuje się na konkretne zadania „na teraz”. Współczesny trener posługuje się najnowszą wiedzą, oraz narzędziami i metodami uwzględniającymi współczesne potrzeby i specyfikę naszych czasów. Zwykle nie doskonali „całego człowieka” kompleksowo, a pomaga mu jedynie osiągnąć wyznaczone cele (zazwyczaj, krótko- lub średnioterminowe).
Nie da się jednak zaprzeczyć, że najlepsi współcześni trenerzy potrafią zdziałać naprawdę wiele. Są precyzyjni i skuteczni jak doświadczony chirurg, który kilkoma cięciami skalpela wycina chorą tkankę i pozostawia zdrową, dając jej możliwość właściwego funkcjonowania.

Jeśli ktoś chciałaby przykładu lub dowodu to zachęcam do obejrzenia pewnego filmu (Link 1). Materiał jest niestety w języku angielskim, ale nawet, jeśli ktoś nie zna tego języka, warto popatrzeć i posłuchać. Zobaczyć, jak w ciągu godziny, jeden z najlepszych trenerów (znany jako Tony Robbins), o szorstkim (całkiem nie-trenerskim) głosie, w „czarodziejski” sposób zmienia życie kobiety, którą problemy życiowe doprowadziły do nadużywania alkoholu i hazardu, przez co nieomal zniszczyła swoje życie.



Miałem w życiu możliwość zaobserwowania (niestety tylko „z zewnątrz”) jak jeden z najlepszych trenerów w Polsce, pomógł komuś, kto jest mi bliski. To było imponujące doświadczenie – prawie jak magia. Efekt był szybki i trwały.

Wiem, że z trenerów sukcesu (ang. success coach) korzysta regularnie wielu managerów wysokiego i najwyższego szczebla, także w Polsce. Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że najlepsi trenerzy nie są tani, a do tych mniej skutecznych, niedoświadczonych lub niedoszkolonych nie warto się zwracać, bo mogą niestety poczynić szkody. Tak więc, jeśli rozważacie skorzystanie z trenera, wybierzcie takiego, którego poleci Wam ktoś zaufany.

Oczywiście, jeśli ktoś ma czas i pieniądze, może pojechać do klasztoru w Tybecie, jak zrobiło to wielu znanych ludzi (tzw. celebrytów), i tam, pod przewodnictwem oświeconego Guru, poszukiwać sensu życia, poczucia własnej wartości, szczęścia i drogi do Boga. Zakładam jednak, że potencjalni czytelnicy tego artykułu to raczej osoby, których nie stać (chociażby finansowo, ale nie tylko) na tak wyszukane metody.

Trenerem może być także dobry ksiądz, dobra wróżka, dobry psycholog, dobry trener sportowy, dobry rodzic, mądry szaman, życzliwy astrolog, oddany i mądry przyjaciel, itd. Pamiętaj jednak, że to Ty, i tylko Ty ponosisz pełną odpowiedzialność za swoje życie, więc uważaj, komu powierzasz swoje tajemnice i kogo prosisz o radę. Wszystkie wymienione osoby mogą być Twoim Mistrzem, trenerem – mogą, ale zazwyczaj nie są! Większość z nich realizuje swoje małe, ograniczone cele i nie ma żadnego interesu w tym, aby powiedzieć Ci coś mądrego. Często też nie mogą Ci nic mądrego powiedzieć, bo sami zrozumieli mniej niż Ty sam zdołałeś zrozumieć!

Większość z nas musi sama dla siebie stać się trenerem, Guru czy Mistrzem. I dla takich właśnie samouków, przeznaczona jest zasadnicza część niniejszego artykułu.

Pamiętacie moją monetę z pierwszej części artykułu? Od czasu eksperymentu, mam ją zawsze przy sobie, aby przypominała mi jak niezwykłymi możliwościami dysponujemy, jeśli tylko pozostajemy ufni. Nawet nie musimy się specjalnie wysilać. Właściwie to w ogóle nie musimy się wysilać! Wystarczy byśmy wyobrazili sobie, co chcemy otrzymać, a następnie trzymali nasze myśli jak najdalej od problemów i lęków, ufali, oraz cieszyli się życiem, doceniając to, co już zostało nam dane.

Warto też wynotować sobie wszystko, tj. zrobić listę tego, za co jesteście wdzięczni (Bogu, Opatrzności, losowi, … - Wy nadajcie nazwę) w Waszym dotychczasowym życiu. Czytajcie tę listę od czasu do czasu i dopisujcie do niej rzeczy, sprawy, wydarzenia, doświadczenia, uczucia, …, o których wcześniej zapomnieliście, lub takie, których doświadczyliście ostatnio. Jestem pewien, że, jeśli zabierzecie się do sprawy uczciwie, lista będzie naprawdę długa i imponująca. Jeśli będzie skromna, to zastanówcie się głęboko, czy nie powinniście zrewidować Waszego spojrzenia na otaczającą Was rzeczywistość.

Ludzie często mawiają, że dążą do czegoś, lub też, że starają się coś osiągnąć „całą siłą woli”. Otóż mam dla Was szokującą wiadomość. Pewien znany specjalista od marketingu internetowego twierdzi, że jeśli musicie użyć całej siły woli, aby coś (to lub tamto) zrobić, to znaczy, że robicie to wbrew sobie (czyli wbrew najgłębszym pragnieniom waszej duszy – dodałbym). Mnie nie musiał przekonywać o słuszności tego twierdzenia – a Was?

Paul Mayers, bo tak nazywa się ów amerykański guru, uwolnił, tzn. upublicznił za darmo, jeden, bardzo uniwersalny, rozdział swojej książki zatytułowanej „Need to Know” (co, w tym przypadku, przetłumaczyłbym jako „Musisz wiedzieć” lub „Trzeba wiedzieć”), przeznaczonej dla ludzi, którzy planują uruchomić, lub już uruchomili biznes internetowy. Uznał ten rozdział za tak ważny (zresztą nie tylko on), że nazwał go „Rozdziałem Zero”. Jako odrębny e-book, udostępnia go pod tytułem „Becoming Unstoppable” (czyli „Stawanie się niepowstrzymywalnym” – tłumacząc jak najdosłowniej). Jest to na tyle ciekawy i skondensowany materiał, że planuję poświęcić mu nieco więcej uwagi w odrębnym artykule. Tymczasem, osoby zainteresowane uzyskaniem tej książeczki za darmo, odsyłam do odpowiedniego linku (Link 2). Zapewniam, że znajdziecie tam jeszcze inne, równie ciekawe, zaskakujące spostrzeżenia i informacje.


Rzeczywiście, zauważcie, że jeśli coś sprawia Wam autentyczną radość, to wcale nie musicie używać siły woli, aby się tym zająć. Zabieracie się do tematu, sprawy, zadania z autentyczną radością i twórczym niepokojem, który charakteryzuje każdego wielkiego twórcę.

Obojętnie czy kładziesz glazurę, czy gotujesz, czy jesteś astronomem, czy też nauczycielką, jeśli czujesz, że jesteś „w domu”, kiedy coś robisz, to możesz być pewien/pewna, że to właśnie jest Twój klucz do sukcesu, spełnienia, szczęścia i dostatku. Jeśli masz wiele pasji, jak na przykład podróże, gotowanie i historia, to może powinieneś stać się kimś takim jak Robert Makłowicz (ogromnie cenię Pana Roberta, za niepowtarzalną miksturę jego pasji, które połączył w unikatową całość). Jeśli jesteś wydawcą, i jednocześnie – jako człowiek – niepoprawnym optymistą, to może powinieneś zacząć wydawać „Gazetę Optymistów”, wypełnioną po brzegi dobrymi wiadomościami. Słuchaj, co mówi Ci Twoja dusza. Czasem mówi rzeczy trudne i bolesne, jeśli jednak odłożysz decyzję, to i tak przed nią nie uciekniesz – wróci do Ciebie, prędzej czy później.

To, jaką strategię powinieneś przyjąć w swoim rozwoju, zależy od sytuacji, w której się znajdujesz, czy raczej od tego jak oceniasz swoją obecną sytuację życiową.

Jeśli od lat tkwisz w tym samym miejscu, i wydaje Ci się, że jesteś „względnie szczęśliwy” to się mylisz. Jesteś podobny Bogu, a Ten jest niekończącą się ewolucją i ciągłą zmianą – zmianą na lepsze. Jeśli nie poszerzasz swojej przestrzeni życiowej to ona zacznie się wkrótce kurczyć i wykurzy Cię z Twoich bezpiecznych okopów.

Jeśli czujesz, że nie tylko nie jesteś już szczęśliwy, ale wręcz osaczony (złapany w pułapkę) przez Twoje obecne życie, to znaczy, że Twoja przestrzeń życiowa zaczęła się kurczyć. Być może przytłaczają Cię problemy finansowe. Może frustracja odbiła się już na Twoim zdrowiu. A może nie potrafisz znaleźć porozumienia z ludźmi z Twojego najbliższego otoczenia i czujesz się osamotniony.  Problemy, które obecnie przeżywasz, niezależnie od tego czy dotyczą spraw finansowych, czy zdrowia, czy relacji z innymi ludźmi, czy też są dowolnym połączeniem wymienionych kategorii,  są jedynie skutkiem tego, że zarzuciłeś swoją drogę „ku lepszości” – przestałeś się rozwijać. Przestałeś akceptować nawet minimalne ryzyko, w imię „świętego spokoju”. Nie trać ducha! Także dla grupy „osaczonych” mam dobre wiadomości.

W tym właśnie momencie chciałbym opowiedzieć Wam pewną autentyczną historię, którą usłyszałem od owego polskiego trenera, który pomógł kiedyś bliskiej mi osobie. Otóż miał on przyjaciela (nie w Polsce), który miał świetnie prosperującą firmę (bodaj prawniczą – tradycja rodzinna i … presja rodziców), i będąc już w dobrze średnim wieku usłyszał wyrok śmierci – sześć miesięcy (nowotwór). Zapytał więc owego trenera, co powinien zrobić w tej sytuacji. Ten, ze spokojem zapytał go: A co zawsze chciałeś robić? O czym marzyłeś? Okazało się, że chciał grać (o ile pamiętam – na flecie). No to graj – odpowiedział mu nasz trener. Facet sprzedał firmę, od ręki i za „dobre pieniądze”. Zapisał się do szkoły muzycznej i zaczął grać. Od tamtej chwili, do czasu kiedy usłyszałem tę opowieść, a było to jakieś osiem lat temu, minęło kilka lat. Nowotwór zniknął tak jak się pojawił. Człowiek ten skończył szkołą muzyczną i został drugim fletem w jednej z najlepszych orkiestr symfonicznych na świecie. Do dzisiaj szklą mi się oczy kiedy o tym pomyślę.

Ale kontynuujmy główny wątek.

Jeśli masz poczucie, że w Twoim życiu nieustannie wszystko się zmienia, ale nie osiągnąłeś jeszcze tego, co zamierzałeś, to świetnie! To oznacza, że jesteś w drodze – w drodze „ku lepszości”.  Obyś zawsze miał takie właśnie poczucie! Każdy ma swoją własną drogę ku lepszości. Jeśli nie widziałeś jeszcze piramid, nie nurkowałeś na rafie, itd. itp., nie czuj się gorszy od innych. Wszystkie decyzje, które podjąłeś były właściwe. Były potrzebne, abyś właśnie teraz doszedł do takich a nie innych wniosków, podjął nowe doskonałe decyzje i osiągnął to, co było Twoją tęsknotą (tzw. przeznaczeniem) w tym życiu. Nic się nie zmarnuje. Każde doświadczenie, które nabyłeś, ukształtowało Cię takim, jakim jesteś teraz: dojrzalszym, mądrzejszym, lepszym – gotowym na przeżycie nowych wspaniałych przygód! Błędów nie ma! – Jest tylko studiowanie w szkole zwanej życiem!

Wracając do tych, którzy utknęli w miejscu, i czują, że od dawna się nie rozwijają – nie przesuwają się w kierunku „lepszości”. Zacznijcie od małych zmian! Powoli przekonujcie podświadomość, że zmiany nie muszą być tak niebezpieczne i trudne jak się wydaje, oraz że mogą dostarczyć Wam wiele przyjemności i satysfakcji, ale przede wszystkim mogą otwierać przed Wami nowe, nieznane wcześniej, wspaniałe perspektywy i niezwykłe doznania.

Pamiętajcie, że całym swoim życiem, każdą codzienną czynnością, słowem, uczuciem i każdą myślą (nie tylko pozytywną, lecz każdą) afirmujecie życie, które prowadzicie – potwierdzacie, że właśnie takim chcecie je widzieć!

Wszystko, co często powtarzasz z pełnym przekonaniem, słowa, czynności, myśli, uczucia, … jest afirmacją! Jest programowaniem siebie! Zastanów się więc głęboko, zanim kolejny raz powiesz, że: „życie jest ciężkie”, „życie jest do niczego”, „otaczają mnie sami durnie”, „ja to mam pecha”, … - sam Wiesz, co jeszcze. Zamiast tego powiedz (pomyśl): „życie jest pasjonujące”; „wszystko czego chcę przychodzi mi z łatwością”; „mam szczęście spotykać ciągle wspaniałych ludzi (jak Zbyszek, Zosia, Krzysztof, mój Tata, … – przypomnij ich sobie)” - skup się na tych, których lubisz i cenisz; „jestem farciarzem, bo …”; itd.

Tym, którzy czują się zaskoczeni powyższym (tym wytłuszczonym) stwierdzeniem, gorąco polecam obejrzenie filmu, który oznaczyłem jako (Link 3).


Wobec tego, co zostało przed chwilą powiedziane, rozumiecie z pewnością, że nie pomoże tutaj kilka afirmacji lub aformacji. Zacznijcie zmieniać – na początek rzeczy drobne. Usiądźcie przy stole na innym miejscu niż zwykle, pójdźcie do pracy inną drogą, podziwiajcie drzewa i budynki, uśmiechnijcie się do ludzi, których spotykacie codziennie i do tych, których widzicie po raz pierwszy. Zmieńcie nienaruszalne nawyki i zaobserwujcie, że to nic strasznego. Przestańcie narzekać na pracę i, jeśli trzeba, zacznijcie szukać nowej. Przestańcie narzekać na brak pieniędzy i odmawiać sobie każdej przyjemności, aby włożyć kolejny grosz do skarpety. Nie bądźcie sknerami – zacznijcie dawać napiwki i kupcie sobie czasem coś, co sprawi Wam autentyczną radość, swoją wysoką jakością i estetyką. Jeśli stale kupujecie rzeczy najtańsze, udowadniacie sobie, że na lepsze Was nie stać. Programujecie sobie niedostatek. Robicie wszystko, aby pozostać nieprzygotowanym na dostatek, bogactwo, szczęście czy …

Podobnie zresztą ma się sprawa z chorobami i bieganiem do lekarza po każdym kichnięciu lub strzyknięciu w kościach. Niektórzy potrafią zamęczać całe otoczenie opowieściami o swoich problemach zdrowotnych, nawet tych, które dawno należą do przeszłości. Emocjonują się i przeżywają je wciąż na nowo. Uważajcie, bo pracujecie na to, aby choroba powróciła! Zacznijcie robić to, co robią ludzie zdrowi, niemyślący o chorobach. Jeśli już jesteście chorzy, myślcie jak najczęściej o tym, co zrobicie, kiedy pozbędziecie się choroby. Róbcie śmiałe plany na zdrową przyszłość. Wyobrażajcie sobie radość, którą odczujecie, gdy takie czy inne zamierzenie się powiedzie.

Akceptacja faktu, że życie jest ciągłą ewolucją, a więc zmianą, pomoże wam inaczej spojrzeć na świat. Zacznijcie zmieniać siebie a zmienicie Wasze życie.

W tym miejscu, chciałbym polecić wszystkim lekturę artykułu Pani Ludmiły Chludzińskiej pt. „Jak czuć się dobrze we własnej skórze?”, dostępnego już na moim blogu (Link 4).


Kiedy już zaakceptujecie drobne zmiany, jako Waszą codzienność, możecie przystąpić do realizacji poważniejszych zamierzeń. Stanie się to wówczas znacznie łatwiejsze.

Wybrane metody i ważne podpowiedzi

Ponieważ nawet w obszernej książce nie udałoby się opisać wszystkich wartych uwagi metod, kierując się całkiem subiektywną oceną, wybrałem na początek kilka takich, które mnie osobiście wydają się bardzo pomocne i skuteczne. Tych, które mnie pomogły.

Najtrudniejsze zadanie mają przed sobą „osaczeni”. Umysł świadomy osoby osaczonej przestaje funkcjonować racjonalnie. Popada w pętlę – w nieustanną gonitwę myśli. Gorączkowo i rozpaczliwie poszukuje jakiegoś ratunku, pomysłu, rady, rozwiązania …, którego niestety nie znajduje. Lęk się potęguje i powoduje, że wyjście z tego zaklętego kręgu niemożności wydaje się nie istnieć.

W tej sytuacji, stosowane techniki i metody muszą być przede wszystkim krótkie. – tzn. powinny trwać nie dłużej niż 4 do 5 minut. Na dłużej nie udaje się oderwać naszego procesu myślowego od bieżących problemów, które uparcie powracają i zaprzątają nasz umysł bez reszty.

W ciągu tych kilku minut musimy skupić uwagę na ćwiczeniu, medytacji, technice, … i, w niektórych technikach, wesprzeć ją maksymalnie skoncentrowaną dawką pozytywnych emocji.

Technika 1
The "Sun Moon" Meditation (Dattatreya Siva Baba)
- czyli medytacja „Słońca-Księżyca”


(Link 5) Link Medytacja Słońca-Księżyca



Technika 2
Wizualizacja Plus
- czyli jedna z najlepszych technik wizualizacji



CDN.

PS. Drodzy Czytelnicy, nie jest to oczywiście pełna wersja artykułu. Postanowiłem bowiem zrobić mały eksperyment i umożliwić Wam wgląd w proces powstawania tego tekstu. Zobaczycie zapewne kilka etapów, bo praca jest zakrojona na poważną skalę. Mam nadzieję, ze pomysł Wam się spodoba.

Odpowiedź dla Mishel

Droga MishelJ

Wierzę, a nawet wiem to z cała pewnością, że jeśli czegoś szukamy i tego pragniemy, to w magiczny sposób pojawiają się przy nas ludzie, dzieją się wydarzenia, przychodzą nam na myśl pomysły, które zbliżają nas do osiągnięcia celu. Trzeba tylko nastawić ucha i rozglądać się bacznie, aby nie przegapić ważnych „podpowiedzi”.

Bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa pod moim adresem. Przyjmuję je z radością, chociaż obawiam się, że Pani mnie nieco przecenia.
Niemniej jednak, Pani wypowiedzi to dla mnie sygnał, że moje wysiłki nie idą na marne. To bardzo, bardzo miłe uczucieJ

W podziękowaniu przesyłam Pani linki do „Gayatri Mantra”, w dwóch wyjątkowych wykonaniach. Proszę posłuchać jej o świcie i/lub przed snem. Pani Świat będzie o wiele piękniejszy J

Oczywiście pozostałych Czytelników też zachęcam do wypróbowania ...


Pozdrawiam serdecznie.

Namaste
Greg Ka

PS. „Gayatri Mantra”, podobnie jak inne mantry, jest świętą pieśnią śpiewaną w sanskrycie, (który jest językiem starożytnych, średniowiecznych i wczesno nowożytnych Indii). Jest ona jednak wyjątkowa, ponieważ uważana jest za ucieleśnienie wszystkich Bogów i wszystkich Mantr, a więc może zastąpić je wszystkie.

środa, 30 marca 2011

Odpowiedź dla Anonimowej Czytelniczki

Szanowna Pani,
Życzliwa i wrażliwa Czytelniczko,

Nie wiem czy czyta Pani moje odpowiedzi na komentarze, dlatego pozwalam sobie zamieścić poniższą odpowiedź także jako oddzielny post (przynajmniej na jakiś czas).

Bardzo dziękuję, za Pani kolejny komentarz. Piszę „kolejny”, bo przypuszczam, że to właśnie Pani komentarz do pierwotnej wersji „Mojej baśni …” utwierdził mnie w przekonaniu, że warto napisać jej nową wersję, zgodną z moim obecnym rozumieniem naszej prahistorii (nie mylić z „prehistorią”). Mam nadzieję, że przeczytała Pani moją odpowiedź na tamten komentarz, ale jeśli nie to zawsze jeszcze może Pani to uczynić.

Żałuję, że nie znam imienia, nawet wymyślonego, którym mógłbym się do Pani zwracać, bo „Szanowna Pani” brzmi w tym wypadku jakoś sztywnoJ

Pisząc pierwotną wersję „Mojej baśni …” wcale nie planowałem jej kontynuacji. Po prostu, w pewnym momencie poczułem, że muszę ją napisać. Kiedyś może przyjdzie czas, że opowiem jak do tego doszło, ale jeszcze nie teraz.
Wtedy, nieco ponad miesiąc temu, pisałem opierając się jedynie na podszepcie własnej duszy i na własnym rozumieniu opisywanych wydarzeń.
„Nową baśń …” zacząłem pisać pod wpływem lektury „Białej Księgi”, a także za sprawą pytania, które mi Pani zadała. Nie nazwałem jej już jednak „moją”, mimo, że czytając „Białą Księgę” wielokrotnie głęboko się wzruszyłem, odnajdując w niej informacje całkowicie zgodne z moim wcześniejszym przeczuciem i rozumieniem kluczowych zagadnień. Nie nazwałem „Nowej baśni …” moją, ponieważ lektura nauk Ramthy dostarczyła mi wielu nowych informacji, i pomogła mi zapełnić wiele białych plam w obrazie naszej odległej historii, a także zrozumieć zjawiska, które stale obserwujemy, i które tak trudno mi było pojąć.

Dlatego, mimo że przeczuwam jak trudne będzie to zadanie, postaram się odpowiedzieć Pani, i innym Czytelnikom, na te najtrudniejsze pytania. Ponieważ wszystkie lektury, które przeczytałem i wykłady, które prześledziłem nie wyjaśniają niektórych szczegółów naszej prahistorii, nadal będę posługiwał się swoim wyczuciem i wyobraźnią, aby wypełnić pewne luki (te o mniejszym znaczeniu), a konwencja baśni będzie mnie do tego w pełni uprawniać i troszkę chronić, na wypadek gdyby się okazało, że dla ciągłości opowieści, wymyśliłem (czy wywnioskowałem) coś, co odbiega od obiektywnej prawdy.

Wyczuwam jednak, że także i Pani coś podpowiada, że w mojej opowieści może być bardzo wiele prawdy. Pani wewnętrzny głos ma rację, a moje „różowe okulary” nie zmieniają obrazu rzeczywistości. Pomagają mi tylko widzieć całe jej przemyślne piękno, tak jak na to zasługuje.

Postaram się by znalazła Pani odpowiedzi na pytania, które Panią (i nie tylko Panią) nurtują. Czy będzie je Pani w stanie zaakceptować? – Tego obiecać nie mogę, ale jeśli pozostanie Pani otwarta …

Nie będzie to wcale zbyt trudneJ

Pozdrawiam i dziękuję z głębi sercaJ

Namaste
Greg Ka

PS. Co do wydania książki, jeszcze o tym nie myślałem, bo pewnych spraw nie należy przyśpieszać – owoc musi dojrzeć zanim spadnie z drzewaJ
Niemniej jednak, dziękuję za tę sugestię. Może właśnie Pani jest „Posłańcem …”? – Zaczekam na odpowiedź mojej duszy J

wtorek, 29 marca 2011

Nowa baśń. Cz. 1 – Stworzenie istot i światów



Każdy z nas próbuje jakoś tłumaczyć sobie to, co go otacza i czego doświadcza w ciągu swojego życia. Każdy ma też, jak sądzę, jakieś własne wyobrażenie o prapoczątku naszego istnienia i własne domysły na temat jego praprzyczyny.

Ja myślę, że było to tak:

Niewyobrażalnie dawno temu, kiedy jeszcze nie istniał czas ani materia, w jakiejś nieskończonej nadprzestrzeni była sobie absolutnie doskonała, świetlista, nieśmiertelna, wszechmogąca, wszechobecna i wszechwiedząca Istota Najwyższa, którą my dzisiaj nazywamy Bogiem Stwórcą (lub Bogiem Ojcem). Owa Istota Najwyższa była przepełniona wielką miłością, nie miała jednak nikogo, kogo mogłaby kochać, oprócz – rzecz jasna – samej siebie. Kochała więc siebie miłością dobrą, światłą i nieskończoną.

 Istota trwała tak w swojej ogromnej miłości przez niezliczone eony*. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo przecież dla nieśmiertelnej Istoty Najwyższej czas nie istniał i nie istnieje w jakimkolwiek istotnym, czyli ograniczającym sensie. Kiedyś ta doskonała Istota głęboko zastanowiła się nad sobą i pomyślała tak:

  • Cóż mi po mojej niezmiernej miłości, kiedy mogę kochać tylko siebie?
  • Na co mi moja wszechwiedza, skoro mogę wiedzieć wszystko tylko o sobie?
  • Na cóż mi moja wszechmoc, jeśli nie mam dla kogo jej użyć?
  • Do czego potrzebna mi moja wszechobecność, skoro mogę być tylko tu i teraz?

 Ponieważ Istota Najwyższa kochała siebie miłością mądrą i nieograniczoną, postanowiła zrobić dla siebie coś bardzo, bardzo dobrego. Pomyślała, że stworzy istoty, które będzie mogła bezgranicznie kochać i które będą mogły kochać . Uznała, że to doskonała myśl, ponieważ istoty, które stworzy, będą mogły ubogacić Jej wszechwiedzę i uczynić jeszcze mądrzejszą i pełniejszą tak dalece, jak to tylko możliwe. W tym celu – pomyślała Istota Najwyższa – będzie im potrzebna wolna wola, jaką mam Ja, bo co mi po miłości kogoś, kto nie ma wyboru.

Od chwili, gdy tylko istoty zrodziły się w Jej myśli, Istota Najwyższa od razu obdarzyła je całą swoją miłością i uznała, że nie może uczynić ich gorszymi od siebie. Musi zatem uczynić je na swój obraz i podobieństwo!

Najwyższa Istota w mgnieniu oka, bo jakżeby inaczej, znalazła absolutnie światłe i jedynie słuszne źródło zaspokojenia swojej potrzeby kreacji i miłości. Uznała ostatecznie, że korzystając ze swej wszechmocy, zrodzi z wnętrza swojego niewyczerpanego jestestwa niezliczoną ilość niezawisłych świetlistych boskich bytów i każdemu z nich nada całą swoją wszechwiedzę, moc sprawczą, zdolność miłości i oczywiście nieśmiertelność. Postanowiła także, że wszystkie odrębne boskie byty będą stanowić jedność z Nią i ze sobą nawzajem tak, aby każda boska istota miała nieograniczony dostęp do całej mocy, a także do wzrastającej nieprzerwanie mądrości i miłości samej Istoty jak i Wspólności (czyli wspólnej świadomości Istoty i wszystkich odrębnych boskich bytów).

Ponieważ Istota Najwyższa chciała ofiarować stworzonym przez siebie boskim istotom cudowną egzystencję, która będzie tak bogata, jak to tylko możliwe, ba, chciała ofiarować im istnienie nawet lepsze od swojego własnego, postanowiła, że da im Dar w postaci możliwości doskonalenia się, czyli uczenia się poprzez zdobywanie niezliczonych, ogromnie bogatych i różnorodnych doświadczeń, które wybiorą według własnego uznania, dzięki czemu będą mogły stawać się coraz lepszymi. Da im więc Dar, którego Ona sama nie dostąpiła, bo była od zawsze i od zawsze wiedziała, i mogła wszystko!

Aby istoty mogły się doskonalić i poprzez niezliczone doświadczenia tworzyć unikatową wiedzę dla siebie i dla Istoty, postanowiła Ona, że zainspiruje swoje dzieci, jak je pieszczotliwe nazwała, aby ze swojej myśli i mocy sprawczej kreowały dla siebie niezliczone, przepiękne i różnorodne materialne światy (czyli planety z ich księżycami) i miliardy słońc (czyli gwiazd), a następnie aby zapełniały te światy tętniącym i pulsującym życiem przejawiającym się w niepoliczalnych, olśniewających formach – cudnych barwach, różnorodnych zapachach, zachwycających dźwiękach i wielorakich, prostych i bardziej złożonych, energiach i prawach.

Istota Najwyższa umyśliła, że tchnie Bożego Ducha we wszystko, co w radosnym procesie kreacji stworzą niezawisłe boskie istoty – w każde ziarenko piasku, każdy żywy organizm, dosłownie w każdą cząstkę materii i każdą inną formę energii – aby wszystko To mogło żyć, czyli bezustannie zmieniać się i rozwijać, niosąc istotom radość poprzez doświadczalne poznanie cudownej Bożej Mocy, którą Istota obdarowała hojnie swoje ukochane dzieci.

Istota, w swej nieskończonej mądrości, od razu przewidziała, że kiedy Jej dzieci ujrzą piękno swojego dzieła, zapragną zapewne zamieszkać, choć przez krótki czas, w tych nadzwyczajnych światach i poznawać sedno Istoty poprzez poznanie siebie za pomocą bezpośredniego doświadczania wspaniałości dokonanych wspólnie dzieł. Co więcej, cieszyła się ogromnie, że Jej świetliste boskie istoty, które my ludzie nazywamy Duszami, wniosą dzięki temu doświadczeniu wielki wkład do Wspólności – do myśli i mądrości dostępnej zarówno dla samej Istoty jak i wszystkich Jej niezawisłych dzieci.

Istota Najwyższa przewidziała także, że jej świetliste dzieci mogą zatracić się nieco w doświadczaniu kreacji życia, a nawet „stworzyć” i odczuć coś, co dzisiaj nazywamy rywalizacją. Wiedziała, że zanurzając się zbyt głęboko w materialnym świecie, mogą przejściowo utracić zdolność widzenia swojego Źródła i czerpania zeń najgłębszej z głębokich mądrości – poczucia jedności i braterstwa z Istotą oraz swoimi siostrami-braćmi. Przewidywała, że odnalezienie drogi do Domu Matki-Ojca może kosztować istoty wiele trudu i goryczy. Była jednak absolutnie pewna, że nic im tak naprawdę nie grozi, poza zdobyciem doświadczeń, które przerosną to, czego istoty mogą się spodziewać, wyruszając w swoją drogę poznania.

Da im przecież nieśmiertelność – gwarancję ostatecznego sukcesu. Każda istota będzie dzięki temu mogła przeznaczyć na odnalezienie drogi do Źródła tyle czasu, ile tylko zechce i ile będzie jej potrzebne. Aby mieć pewność, że istoty nie zbłądzą na dobre, Istota Najwyższa umyśliła, że jako drogowskaz i światło na drogę da im miłość, której wołanie nigdy nie milknie i której nie utracą, choćby zapomniały wszystko inne, czym w swej wielkiej wspaniałomyślności je obdarowała.
Istota miała też pewność, że pośród jej niezliczonych boskich dzieci znajdą się i takie, które prędzej od innych zatęsknią za Matką-Ojcem, a ich miłość, tęsknota i pragnienie powrotu do Domu będą tak silne, że uda im się szybko odnaleźć Źródło Wszystkiego, a następnie wskazać drogę ku niemu innym – zagubionym w światach – boskim istotom.

Jak Bóg Stwórca umyślił, tak też uczynił!

Z myśli Boga Matki-Ojca i z Jego jestestwa zrodziły się więc w jednej chwili, z niesłychaną lekkością, niezliczone, wspaniałe istoty, które następnie, dzięki udzielonej im mocy sprawczej, zaczęły zapełniać pustkę przestrzeni, kreując wszechświat materialny, wypełniony ogromnymi galaktykami, w których rozbłysły miliardy gwiazd**, a wokół tych ostatnich zaczęły krążyć rozliczne planety z ich księżycami. Pomiędzy tymi wszystkimi cudami umieszczono jeszcze inne skupiska materii i energii, a wszystko To powiązano niewidzialną, misterną siecią sił i oddziaływań, które my ludzie wciąż odkrywamy, odkrywamy i odkrywamy …

Dzieło, którego dokonano i które wciąż jeszcze się dokonuje za sprawą boskich istot i ich Matki-Ojca, a które tutaj przedstawiono w dużym uproszczeniu, ograniczając się do tego, co nas ludzi interesuje najbardziej, cechuje się bogactwem i różnorodnością, które trudno pojąć i nie sposób omówić.

Dość powiedzieć, że pośród tych wszystkich wspaniałości w pewnym momencie, wiele miliardów lat temu, zawisła w nieogarnionym kosmosie pewna cudowna, choć niewielka planeta, którą o wiele, wiele później jej mieszkańcy nazwali Ziemią.

Namaste

Greg Ka

CDN.


PS. Baśniowa konwencja daje twórcy prawo do nieograniczonej inwencji. W tym jednak przypadku nie musiałem zbytnio się wysilać.

PPS. Powyższa wersja baśni została zainspirowana „Białą Księgą” Ramthy, o którym to dziele z pewnością napiszę więcej.

PPPS. Dla pewności dodam, że wszystkie określenia i zaimki zaznaczone wytłuszczoną czcionką i pisane z dużej litery, są synonimami określenia „Istota Najwyższa”.

eon*około 500 milionów lat
miliardy gwiazd** - My ludzie, naliczyliśmy około kwadryliona tych gwiazd (1 kwadrylion = 1 000 000 000 000 000 000 000 000 = milion miliardów miliardów), a przecież zaczęliśmy je liczyć tak niedawno.

poniedziałek, 28 marca 2011

Koniec świata przesunięty na rok 2116! Tylko, czy było co przesuwać?!


Niedawno dziennik „Rzeczpospolita”, ogłosił w swoim dziale naukowym, „świeżutką” (bo nie dalej jak z 2008 roku) teorię dwóch naukowców, profesorów (braci Bohumila i Vladimira Böhm) związanych z Uniwersytetem w Dreźnie, że w dotychczasowych wyliczeniach korelujących kalendarz Majów z kalendarzem gregoriańskim popełniono pomyłkę.

Domniemana pomyłka Goodman’a, Martinez’a i Thompson’a, podobnie jak sam kalendarz Majów, posłużyła setkom a może i tysiącom ludzi żerujących na ludzkim strachu i niewiedzy, do tego, aby zbijać fortuny i/lub zyskiwać popularność na taniej sensacji.

Celowo użyłem określenia „domniemana pomyłka”, ponieważ teoria braci Böhm, podobnie jak kilka innych propozycji modyfikacji korelacji kalendarzy Majów i gregoriańskiego, nie zdobyła dotychczas akceptacji świata nauki. Nie, nie – nie oznacza to wcale, że korelacja GMT jest bezbłędna ponad wszelką wątpliwość. Z mojego punktu widzenia, oznacza to jedynie, że redaktorzy działu naukowego „Rzeczpospolitej” (zwanej w skrócie „Rzepą”) kolejny raz dali pokaz swojej beztroski i nierzetelnego podejścia do prezentowanych zagadnień. Kolejny raz poszli ścieżką charakterystyczną dla tabloidów, niegodną poważnego dziennika z ambicjami.

Jakiś czas temu, także w dziale naukowym „Rzepy” przeczytałem np. że dieta doktora Jana Kwaśniewskiego jest odmianą diety Atkinsa! Podobne bzdury mógł napisać jedynie człowiek, który nie zadał sobie nawet odrobiny trudu by dowiedzieć się czegokolwiek na temat obu tych diet. Nie chce mi się komentować tego typu zachowań, tym bardziej, że tematem na dzisiaj jest koniec świata, a nie koniec inwazji niekompetencji.

A propos końca świata, trzeba tutaj jasno i dobitnie powiedzieć, że tak samo jak koniec roku (czy wieku) w kalendarzu gregoriańskim nie oznacza żadnego końca świata, tak samo nie wróży go (tj. końca świata) koniec tzw. „Długiej Rachuby” (czyli, najprościej mówiąc, najdłuższej jednostki czasu) w kalendarzu Majów.

W wielu przekazach odnajdujemy informacje na temat tzw. „końca świata”. Tyle w nich jednak prawdy, ile w stwierdzeniu cioci Stasi (lat 77 lub 88, 99 – do wyboru …), która po raz pierwszy widzi w telewizji relację z „Love Parade” i zgorszona woła „koniec świata!”. Dla przykładowej cioci Stasi to istotnie koniec świata, ale dla ludzi, którzy wyszli z ukrycia by zamanifestować swoją odmienność, jest to „początek nowego świata” i „koniec starego świata” a nie „koniec świata w ogóle”, czy koniec świata w sensie jakiejkolwiek apokalipsy!

Apokaliptyczni wieszcze, muszę Wam powiedzieć wyraźnie i wrost: Wypchajcie się sianem!

Polecam wszystkim lekturę artykułu Pana Wojciecha Pastuszki (Link „Rzepa daje plamę” – poniżej, w stopce) na portalu „archeowieści”.

Namaste
Greg Ka


(Link Rzepa daje plamę)


PS. Jeśli spodobał Ci się ten artykuł i chcesz pobrać jego kod HTML, użyj proszę tego linku Link Koniec Świata 2012 czy 2116  

środa, 16 marca 2011

Jak spełnić marzenia bardzo szybko? - Niezwykła medytacja "Słońca-Księżyca"



Szanowni Czytelnicy, Drodzy Goście mojego blogu, w trakcie prac nad trzecią częścią artykułu pt. „Sekret” – Prawda czy takie tam …?, doszedłem do wniosku, że rozsądnie będzie wyodrębnić z niego niektóre fragmenty. Ten zabieg techniczny ma na celu, zachowanie rozsądnej objętości artykułu, oraz ułatwienie Wam powrotu do wybranej techniki, w dowolnym momencie.
Pierwszym z wyodrębnionych fragmentów jest opisana poniżej medytacja „Słońca-Księżyca” (ang. The "Sun Moon" Meditation).
 
Ta krótka technika medytacyjna, mająca swoje źródło w Buddyzmie Tybetańskim, służy temu, aby maksymalnie skrócić czas realizacji naszych pragnień i marzeń. Jest to prawdziwa „perełka w kolekcji” moich ulubionych metod.
 
Dattatreya Siva Baba, (guru i mędrzec, o którym więcej napiszę przy innej sposobności), dzięki któremu poznajemy tę technikę, objaśnia nam w kilku swoich wykładach, że umysł (a także myśl) i czas są synonimami. Czas potrzebny na zamanifestowanie swojej myśli, zależy od stopnia świadomości osoby, która chce tego dokonać. Słowo „manifestacja”, oznacza tutaj „objawienie się” myśli na poziomie materii, czyli w naszym materialnym świecie. Aby niezwłocznie zmaterializować swoje marzenie, musimy wykroczyć poza ramy czasu. Kiedy znajdujemy się w ponadczasowej przestrzeni lub wymiarze, manifestacja naszej myśli może pojawić się bardzo szybko. Umysł neuronalny (w sensie „mózg”) nie potrafi materializować myśli. Może to zrobić tylko, bardzo spokojny, umysł ponadczasowy. Dattatreya uprzedza, że nie da się tego zrozumieć poprzez proces intelektualny. Podobnie zresztą jak wielu innych prawd dotyczących naszej duchowości.
 
Skracając dalsze objaśnienia do niezbędnego minimum, dodam, że Słońce i Księżyc, poprzez swój ruch, kreują czas. Ich symboliczne zatrzymanie i połączenie w jedność, w trakcie medytacji, pozwala wykroczyć poza ograniczenia czasu.
 
Całość trwa około 4 minuty, razem z krótkim wprowadzeniem (około 1 minuty), które jest istotne tylko przy pierwszych ćwiczeniach. Jeśli ktoś nie zna języka angielskiego, proponuję, aby przed uruchomieniem materiału wideo przeczytał poniższe omówienie medytacji.
 
Uruchom materiał wideo (Link Sun-Moon) – można także, uczynić to klikając w okienku YouTube, obok posta na blogu, charakterystyczny obrazek z wystylizowanymi słońcami i księżycami (jeśli jest tam akurat widoczny).


Po około minutowym wstępie, narratorka (Raji), mówi:
  • zamknij oczy
  • skup swoją uwagę na swojej czakrze serca, pośrodku (w osi) klatki piersiowej (na wysokości serca)
  • wyobraź sobie (tam, wewnątrz czakry) Słońce, bardzo jasne i olśniewające
  • blisko Słońca, wewnątrz twojej czakry serca, wyobraź sobie Księżyc (wszystko razem dokładnie pośrodku, wewnątrz twojej klatki piersiowej) – Księżyc jest w pełni (okrągły)
  • teraz Księżyc przesuwa się w kierunku Słońca, powoli jest coraz bliżej i bliżej (Księżyc reprezentuje twój umysł i czas, Słońce zaś reprezentuje Boga i ponadczasowość)
  • w końcu Księżyc stopniowo wnika w Słońce i łączy się z nim
  • skoncentruj się na wizualizacji Słońca, Księżyc wszedł już do środka i połączył się ze Słońcem
  • teraz pomyśl o tym, co chcesz osiągnąć (zamanifestować) w swoim życiu, zwizualizuj to (wyobraź sobie) przez dłuższą chwilę
  • następnie pozwól wizji odejść
  • powoli, powoli wróć do siebie i otwórz oczy
Po uzyskaniu pewnej wprawy, materiał wideo, którego główną wartością są spokojny głos narratorki oraz ładna statyczna grafika, nie będzie wam już potrzebny. 
Metoda jest potężna, ale radzę zaczynać od mniejszych pragnień. Dlaczego? Tego dowiecie się z 3-ciej  części artykułu ("Sekret" - prawda czy takie tam ...?), kiedy już będzie gotowa.


Namaste
Greg Ka


PS. 
I jeszcze mały bonus dla czytelników mojego blogu - jeśli chcesz wiedzieć gdzie dokładnie znajduje się czakra serca (i inne czakry), znajdź spokojne pół godziny, załóż słuchawki i obejrzyj ten film:
Link Pojąć czakry
Teraz film jest w trzech częściach. Drugą i i trzecią część znajdziesz z łatwością. 
Jeśli nie znasz języka angielskiego - nic nie szkodzi, po prostu patrz i słuchaj a gwarantuję, że poczujesz każdą czakrę po kolei. Dobrze by było aby podczas oglądania nic Cię zbytnio nie krępowało, ani ubiór ani pozycja, którą zająłeś - przyda się odrobina swobody i rozluźnienia. Usiądź więc wygodnie i wyprostuj plecy:)


PPS. Jeśli spodobał Ci się ten artykuł i chcesz pobrać jego kod HTML to użyj proszę tego linku Link Medytacja Słońca-Księżyca 

środa, 23 lutego 2011

Komentarz wstępny do artykułu "Świadomość to nie mózg"

Drodzy Czytelnicy, dzisiaj rano natrafiłem na niezwykły artykuł Pana Roberta Borowickiego.
Bywają sprawy, wydarzenia, informacje i ludzie, których nie powinno się przegapić. Do tej kategorii z pewnością zalicza się tekst Pana Roberta.
Może nie wpisuje się on dokładnie w główną intencję mojego blogu, ale może być przydatny, by przekonać sceptyków, którzy trzymają się wyłącznie naukowych realiów, że warto aby i oni wzięli pod uwagę możliwość istnienia nieśmiertelnych bytów niematerialnych i Boga.


Uprzedzam jednak, że jest to lektura niełatwa, bo tekst jest dość długi i pojawia się w nim sporo odniesień do doświadczeń i wiedzy z dziedziny fizyki, której wiele osób zupełnie nie toleruje (a szkoda). Jeśli podczas czytania nie zgubicie głównej myśli (wątku) autora, to nawet brak rozumienia niektórych nazw czy pojęć nie przeszkodzi Wam w odkryciu głównego sensu tego wywodu i w docenieniu jego wartości. Autor wskazuje nam bowiem wyraźnie, że współczesna nauka, a fizyka w szczególności, zbliża się być może do epokowego odkrycia.


Odkryciem tym będzie znalezienie naukowych dowodów na istnienie niematerialnej duszy, funkcjonowanie równoległych Wszechświatów, jedność duchową wszystkich istot i nie tylko na to. Pan Robert sam pokusił się o wyciągnięcie mniej więcej takich (i innych równie ciekawych) wniosków, na podstawie swoich doświadczeń oraz istniejących już teorii naukowych, popartych wprawdzie wynikami doświadczeń, ale nie akceptowanych jeszcze oficjalnie przez tzw. poważne środowiska naukowe.


Tam gdzie autor opuszcza twardy naukowy grunt i dzieli się swoimi opiniami lub wnioskami, można się z nim zgadzać lub nie. Nie zmienia to jednak faktu, że przedstawione argumenty naukowe to coś czego nie można przeoczyć i o czym z pewnością warto dyskutować.
Niedługo zamierzam spisać swoje przemyślenia zainspirowane tym właśnie tekstem, w postaci odrębnego artykułu.


Tymczasem gorąco polecam lekturę tekstu Pana Roberta!

Świadomość to nie mózg

Autorem artykułu jest Robert Borowicki



Teoria świadomości w oparciu o moje własne doświadczenia, przeżycia innych ludzi, a także najnowsze odkrycia teorii kwantowej i doświadczenia naukowe.

Miałem wówczas 12 może 13 lat, pierwsza połowa lat '90. We śnie wyjrzałem przez okienko w przedpokoju. Na dworze w tym śnie było ciemno i zobaczyłem w oddali nad lasem ogromny ogień, który był ze 2 razy wyższy od drzew; zrobił na mnie niesamowite wrażenie, bo wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Za jakiś czas (nie pamiętam dokładnie jaki, ale krótki, jakieś kilka tygodni), siedząc w pokoju usłyszałem jakieś trzaski. Był wieczór, na dworze już było ciemno. Wyjrzałem przez okienko w przedpokoju, by zobaczyć skąd pochodzą te trzaski i wtedy zobaczyłem identyczny widok jak w swoim wcześniejszym śnie. Zdałem sobie w mgnieniu oka sprawę, że dokładnie to mi się właśnie śniło, a teraz to się dzieje naprawdę. Wszystko identyczne, rozmiary, kształt i miejsce płomieni. Jak również okienko i strona z której wyjrzałem - jak we śnie.
Wiem, że absolutnie nie mogło być mowy o przypadku - jak to tłumaczą sceptycy. Niestety, nie ma innego sposobu by się przekonać, niż samemu doświadczyć na sobie. Źle tylko zinterpretowałem źródło tych płomieni, zarówno we śnie, jak i gdy je zobaczyłem. Były na tle lasu, więc myślałem, że to las się pali. Okazało się, że spalił się drewniany dom, który stał tuż przed tym lasem, a zasłaniały go drzewa, więc z mojego punktu widzenia nie było możliwe ustalenie, co się paliło.

Jednak wtedy fakt, że mi się przyśniło coś, co później miało miejsce w rzeczywistości - specjalnie mnie nie zdziwił, uznałem to właściwie za coś normalnego. Nie miałem wtedy pojęcia o tym, że coś takiego jest niespotykane i niewyjaśnione.

Dopiero po latach, kiedy dowiedziałem się, że nauka nie ma na to wyjaśnienia - zainteresowałem się tym. To doświadczenie spowodowało, że zainteresowałem się zjawiskami niewyjaśnionymi. Po prostu wiedziałem i wiem, że skoro ja coś takiego przeżyłem, to i przynamniej część opisów niezwykłych przeżyć innych ludzi - musi być prawdziwa.

Czytając, dowiedziałem się, że takie sny zdarzają się bardzo rzadko, nazywa się je realistycznymi snami proroczymi, lub deja-vu (z francuskiego: już widziane). Zdałem sobie sprawę, że nie jestem jedynym człowiekiem, który tego doświadczył.

Szukałem w nauce odpowiedzi, w jaki sposób mózg mógł mieć dostęp do informacji z przyszłości. Dowiedziałem się, że przeczy to teorii względności Alberta Einsteina, gdyż zakłada ona, że nie jest możliwe przesyłanie informacji z prędkością większą, niż predkość światła w próżni - c, oraz że z tego wynika niemożliwość przesyłania informacji do przeszłości (i ich odbioru z przyszłości). Dowiedziałem się o hipotetycznych cząskach nadświetlnych, które mogłyby poruszać się szybciej niż c i jednocześnie nie mieć możliwości zwolnić do poziomu c, ani niższych prędkości. Cząstki te nazwano tachionami. Jednak ich istnienie jest tylko hipotetyczne, poza tym nie wyjaśniało to, w jaki sposób mózg mógłby je odbierać, i co mogłoby je generować.

Wszak ze snu jasno wynika, że to co ma się zdarzyć - już jest gdzieś zapisane, albo tak jak myślał Einstein - czas jest tylko upartym złudzeniem; zapewne miał na myśli że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość - istnieją jednocześnie, choć nasza świadomość nie ma dostępu do przyszłości, przeszłość jedynie pamiętamy - stąd tak, a nie inaczej odbieramy rzeczywistość, jako nieodwracalny upływ czasu.

Zacząłem się zastanawiać nad tym, czy aby na pewno cała nasza świadomość, osobowość, pamięć - mieści się w mózgu i że jest on elektrochemicznym komputerem, a nasze myśli to impulsy chemiczne i elektryczne między neuronami w mózgu (synapsy).

Szybko zdałem sobie sprawę, jakże naiwna jest taka teoria świadomości....

Mimo, że jest ona domeną świata akademickiego, i wciąż jest wykładana na uczelniach, niczego tak naprawdę nie wyjaśnia...
Owszem, takie zjawiska zachodzą w mózgu, zostało to zbadane i potwierdzone. Jednak w żadnym przypadku nie może być to nasze "ja", nasza świadomość.

Gdyby tak było - nie różnilibyśmy się niczym specjalnym od komputerów. Silny impuls elektromagnetyczny - broń elektromagnetyczna, która niszczy wszelkie urządzenia elektroniczne, albo wysokonaładowane cząstki wiatru słonecznego -
wręcz wykasowało by to nam pamięć z mózgu (jeśli przyjąć, że myśli to impulsy elektryczne). Tymczasem nic takiego nie ma miejsca. Naszej pamięci nie narusza też potężne pole magnetyczne w czasie obrazowania mózgu za pomocą jądrowego rezonansu magnetycznego. Impuls elektromagnetyczny zniszczy komputery, wykasuje pamięć, zniszczy urządzenia elektryczne i elektroniczne. Nie naruszy jednak naszej pamięci, nie zaburzy naszej osobowości, nie zmieni naszych myśli. A przecież mózg nie jest ekranowany, czaszka nie jest klatką Faradaya, większa część widma elektromagnetycznego (prócz podczerwieni, światła widzialnego, UV) - wnika w głąb, lub przenika przez nasze głowy na wylot. A pomyślcie o ludziach, którzy są narażeni na bardzo silne pola elektromagnetyczne, o operatorach wojskowych urządzeń radiolokacyjnych, narażonych na mikrofale o potężnej mocy, które by zniszczyły wszelkie urządzenia elektroniczne umieszczone w ich wiązce. Choroba mikrofalowa, która po latach jest tego konskwencją - nie oznacza jednak utraty osobowości, czy jakiegokolwiek zaniku pamięci.

W książce "Umysł przewidujący przyszłość" Davida Loye'a, na początku rozdziału "Holograficzny umysł" - czytamy:

"Karl Lashley był jednym z najbardziej wytrwałych i skrupulatnych neuropsychologów przełomu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Zdecydowany odkryć, czym jest pamięć i gdzie należy ją lokalizować, przez blisko trzydzieści lat badał mózgi szczurów.
Jego eksperymenty polegały na wycinaniu określonego obszaru mózgu, a następnie, kiedy tylko zwierzę dochodziło do zdrowia, testowaniu utraconej pamięci. Ale chociaż usuwał aż do osiemdziesięciu procent całkowitej objętości mózgu, odkrywał, że pamięć szczurów nadal działa bez zarzutu. Analizując wyniki swoich badań, nie krył rozczarowania faktem, że nie istnieje żadne oczywiste miejsce, w którym można by zlokalizować pamięć i żaden "engram", który by ją przechowywał. Doszedł więc do wniosku, że proces uczenia się, w jakim wszyscy uczestniczymy, jest z logicznego punktu widzenia... niemożliwy.
W jednej z notatek zaproponował również coś, co miało nieco podbudować jego pracę, ale co w tamtych czasach wydawało się poglądem dość żałosnym. Engram - jak nieśmiało zasugerował Lashley - istniał, ale w jakiś zupełnie niezrozumiały sposób rozprzestrzeniony był w obszarze całego mózgu. Ponadto, aby rozjaśnić nieco tę mglistą ideę, dodał, że pamięć powstaje dzięki bliżej nieokreślonym "falom interferencji"."


Natomiast w książce "Poza granicami wyobraźni" Viktora Farkasa, w rozdziale "Cudowna istota człowiek: myślenie bez mózgu",
- opisane są udokumentowane medycznie przykłady normalnych, żyjących ludzi, u których w wyniku wodogłowia stwierdzono większościowy lub nawet całkowity brak... mózgu.

Wniosek jest taki, że naukowcy, którzy powołują się na teorię, jakoby to w mózgu miała być pamięć i osobowość - nie mają pojęcia, jak bardzo się mylą.

A może wiedzą, ale nie mają lepszego wyjaśnienia.

Tą teorię mogę tylko porównać do dawnej teorii budowy świata - teorii geocentrycznej. Wszechświat składał się z obracających się kryształowych sfer, na których były umieszczone Księżyc, Słońce, planety, i na ostatniej - gwiazdy stałe. W samym centrum wszechświata zaś tkwiła nieruchomo płaska Ziemia.

Jednak wraz z początkami heliocentryzmu, odkryto że Ziemia jest kulą, a Słońce jest znacznie od niej większe. Nieprawdopodobnym i nielogicznym było, by większe ciało krążyło wokół mniejszego. Uznano, że to Słońce jest nieruchome i znajduje się w centrum wszechświata, zaś Ziemia jest tylko jedną z planet, które krążą wokół niego. Odkryto, że maleńkie gwiazdy na nocnym niebie są w rzeczywistości ogromnymi słońcami, i że są ich miliardy, które jako całość nazwano Galaktyką.

Odkryto, ze Galaktyka jest tylko maleńką częścią większej całości, bowiem podobnych galaktyk są znowu miliardy....

Brzytwa Ockhama - słynna zasada naukowców, mówiąca, że nie należy mnożyć bytów ponad konieczność, i że najprostsze wyjaśnienie bywa zazwyczaj prawdziwe - już wtedy się stępiła...

Jak widzicie, cały czas mnożono byty "ponad konieczność", w miliardy miliardów....

Jak się później dowiecie - to co nazywamy dziś całym wszechświatem - także przyjdzie pomnożyć....

W międzyczasie pomnożono byty, dzieląc atom ( gr. atomos, niepodzielny! ) - na coraz mniejsze
części...

Pod koniec XX wieku odkryto wreszcie, że wokół innych gwiazd, także krążą planety. Obecnie odkrywa się ich coraz więcej, choć jest to trudne z uwagi na olbrzymią odległość. Prosta teoria budowy świata, okazała się nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością. Podobnie jak teraz teoria świadomości, będącej integralną częścią, czy wręcz właściwością mózgu...

A co powiecie na doświadczenia w czasie śmierci klinicznej, doświadczenia pacjentów, których
przywrócono do życia, mimo braku oddechu, tętna, i z płaskim wykresem EEG!

Płaski EEG oznacza tylko jedno: mózg nie funkcjonuje - a więc zgodnie z ustaleniami naukowymi, zmysły nie mogą być aktywne,
a człowiek nie może niczego widzieć, słyszeć, czuć, ani tym bardziej zapamiętać. Tymczasem w rzeczywistości jest inaczej.
Ludzie ci, po udanej reanimacji, byli w stanie zapamiętać i podać szczegóły operacji, ktorych w żaden sposób nie mogli wymyślić, zgadnąć - jak również to co się z nimi działo wówczas, gdy przyrządy nie rejestrowały żadnej aktywności mózgu!
I takich przypadków na świecie było i jest wiele!
Zainteresowanym polecam film "The Day I Died" - Dzień w którym umarłem. Jest na YouTube z lektorem PL.

Profesor Stuart Hameroff jest anestezjologiem i bada relacje pacjentów, którzy przeżyli śmierć kliniczną.
Wspólnie z angielskim fizykiem, Rogerem Penrose - pracują nad stworzeniem kwantowej teorii świadomości...

Fizyka kwantowa... Czuję że to właściwa droga! Nawet Albert Einstein nie mógł tego rozwikłać...
W świecie kwantów dzieją się dziwne rzeczy... Np. dwie splątane ze sobą cząstki, fotony czy elektrony - mogą się znajdować dowolnie daleko od siebie, a ich polaryzacja będzie przeciwna. Mimo, że stan pojedyńczej, dowolnej cząski jest całkowicie niekoreślony, po dokonaniu pomiaru polaryzacji dowolnej z tych cząsek - stan drugiej automatycznie ustali się jako przeciwny. Choćby te cząstki były w różnych galaktykach. Einstein nazwał to "upiornym oddziaływaniem na odległość" ponieważ przeczyło jego teorii, że informacja nie może poruszać się szybciej niż światło. Tymczasem w tym przypadku dzieje się to natychmiastowo, bez jakiegokolwiek opóźnienia.

Foton czy elektron może przejść jednocześnie przez dwie szczeliny i interferować sam ze sobą. Nazywa się to superpozycją.
Gdy jednak będziemy chcieli zaobserowac, którędy przechodzi ta cząstka - okaże się że wybierze zupełnie losowo jedną szczelinę, przez którą przejdzie, i tylko detektor umieszczony przy tej szczelinie zarejestruje przejście. Elektron lub foton nie obserwowany - zjawia się jako fala interferencyjna, jednak obserowany - jako cząstka. Nazywa się to dualizmem korpuskularno-falowym. Funkcję falową, będącą rozwiązaniem równania Schrödingera, należy rozumieć jako obszar, który opisuje rozkład prawdopodobieństwa wystąpienia cząstki w danym miejscu.

Niels Bohr, duński fizyk, stworzył "Interpretację kopenhaską mechaniki kwantowej", w której funkcja falowa, opisująca rozkład prawdopodobieństwa wystapienia cząstki - gdy zostanie dokonany pomiar - zredukuje się do tego jedynego stanu, który jest wynikiem pomiaru.

Kot Schrödingera

Erwin Schrödinger, aby pokazać jak teoria kwantowaprzeczy zdrowemu rozsądkowi, opracował myślowy eksperyment z udziałem kota. Kot jest zamknięty w pudełku, w którym umieszczono szczelny, np szklany pojemnik z trucizną, np lotną cieczą.
Do pudełka włożono próbkę materiału promieniotwórczego, emitującą średnio jedną cząstkę na godzinę, a także detektor promieniowania, mający na celu zarejestrować tę cząstkę. Detektor jest połączony z mechanizmem, który w chwili zarejestrowania cząstki, rozbija pojemnik i uwalnia truciznę. Po włożeniu kota i próbki i zamknięciu pudełka, oraz odczekaniu godziny - mamy 50% prawdopodobieństwo, że kot jest żywy i takie samo 50% że jest martwy. Tak mówi zdrowy rozsądek. Jeśli nastąpi radioaktywny rozpad i detektor go zarejestruje, to zostanie uruchomiony mechanizm, który uwolni truciznę z pojemnika,
i wtedy kot zginie. Jeśli rozpad nie nastąpi, kot nadal będzie żywy. Rozpad promieniotwórczy jest zjawiskiem kwantowym, można więc określić tylko prawdopodobieństwo zajścia rozpadu, a tym samym prawdopodobieństwo zatrucia kota.

Z interpretacji kopenhaskiej wynika jednak coś innego – zanim otworzymy pudełko, czyli dokonamy sprawdzenia zawartości pudełka - kot jest jednocześnie i żywy i martwy. Znajduje się on w dziwnym stanie (superpozycji) wszystkich możliwych rozwiązań. Dopiero otworzenie pudełka i sprawdzenie jego zawartości redukuje układ do jednego stanu – kot wyskoczy żywy z pudełka, albo pozostaje w nim martwy. Einstein upierał się przeciwko takie redukcji i przypadkowości w świecie zjawisk kwantowych, przewidywanych przez interpretację kopenhaską, pisząc w liście do Bohra słynne zdanie:
"Dobry Bóg nie gra ze światem w kości!"
.....i miał rację!

Kwantowa teoria wielu światów

W 1957r. amerykański fizyk, Hugh Everett III, obronił pracę doktorską, w której zaproponował zupełnie nowe podejście do problemu interpretacji mechaniki kwantowej. Zaproponował, by wszystkie możliwe stany kwantowe (możliwe wyniki pomiarów) funkcji falowej potraktować jako prawdziwe i rzeczywiste. Założył, że w chwili obserwacji (pomiaru) zdarzenia kwantowego, będącego wcześniej w superpozycji - wszechświat rozczepia się na tyle kopii, ile jest możliwych rozwiązań funkcji falowej.
Założył, że dzieje się tak w przypadku każdego zdarzenia kwantowego, że redukcja funkcji falowej jest tylko pozorna,
i jest związana z ustaleniem się kwantowego stanu w linii czasowej, że wszystko co tylko jest możliwe, ma miejsce w którejś odnodze multiwszechświata. Everett swoją teorię nazwał "Wieloświatową interpretacją mechaniki kwantowej". Swój pomysł poparł podstawą matematyczną, w ktorej nie udało sie znaleźć błędu.

Multiwszechświat jawi się jako rozgałęziające się drzewo o nieskończenie wielu gałęziach, cały czas rozgałęziających się i postępujących wraz z tym, co my nazywamy upływem czasu. Drzewo to może istnieć jako całość, naraz, jednocześnie, a iluzja uplywu czasu jest domeną naszej ograniczonej świadomości, odbierającą tylko jedną wąską ścieżkę łańcucha zdarzeń, spośród nieskończenie wielu możliwych.

Kot Schrödingera jest w połowie przyszłych linii czasowych (od momentu otworzenia pudełka, obserwacji) żywy,
a w drugiej połowie martwy, i to jakiego go zaobserwujemy, zależy od tego, jaki wynik był przypisany linii czasowej, w której znajduje się nasza świadomość. Kotów Schrödingera było wiele, bo nasze kopie w równoległych wszechświatach, również wykonały ten eksperyment. Oczywiście tylko myślowo, bez udziału prawdziwego kota :)

Paradoks dziadka też nie istnieje.

Faktem jest, że ta teoria nie jest kompletna jako teoria wszystkiego, opisująca wszystkie zjawiska w przyrodzie, nie uwzględnia się w niej bowiem grawitacji. Jednak sama idea istnienia wielu wszechświatów równoległych jest intrygująca, w naturalny sposób wyjaśnia wiele zjawisk, i mam kilka argumentów na rzecz jej prawdziwości.

Komputer kwantowy.

David Deutsch, fizyk z Uniwersytetu w Oksford, opracował w latach '80 kompletną teorię działania komputera kwantowego. Już dziś zbudowano pierwsze kwantowe bramki logiczne, przetwarzające pojedyńcze qubity (bity kwantowe), których obliczenia potwierdzają teorię. Niesamowitą szybkość i jednoczesność obliczeń, da się sensownie wyjasnić, tylko w oparciu o teorię wielu światów, w których wiele bliźniaczych kopii komputera, jednocześnie wykonuje wiele rożnych prób obliczeń tego samego zadania, i na koniec, zbiorczy wynik jest do odczytu na każdej z nich.

Doświadczenie Younga.

Na początku XIX wieku, Thomas Young, angielski fizyk - wykonał doświadczenie, które potwierdziło falową naturę światła.
Doświadczenie to polegało na przepuszczeniu światła świecy przez małą dziurkę wyciętą w nieprzeźroczystym materiale,
za którym znajdował się kolejny materiał, tym razem z dwiema małymi dziurkami położonymi blisko siebie. Następnie znajdował się ekran, na który rzutowane było światło po przejściu przez oba materiały z dziurkami. Young zamiast dwóch świetlnych punktów (na co wskazywała by logika) ujrzał właśnie wzór interferencyjny. Jednak 100 lat później, Einstein wyjaśnił zjawisko fotoelektryczne, i od tego czasu wiemy że światło składa się z fotonów. Co zostało potwierdzone doświadczalnie przez Arthura Holly Comptona w 1923r.

Naukowcy wykonali zmodyfikowaną wersję doświadczenia Younga, w której źródło światła emitowało pojedyńcze fotony, tak, że np. co ułamek sekundy, wychodził tylko jeden foton. Pojedyncze fotony były przepuszczane przez podwójną szczelinę, za którą umieszczono materiał światłoczuły. Po kilku godzinach wynik eksperymentu był już znany. Na światłoczułym materiale pojawiło się nic innego, jak znany już wzór interferencyjny. Z czym w takim razie interferuje pojedyńczy foton? W mechanice kwantowej ten efekt jest wyjaśniony jako nakładanie się funkcji falowej, która opisuje stan fotonu. Ale funkcja falowa jest przecież tylko rozkładem prawdopodobieństwa znalezienia cząstki, i według interpretacji kopenhaskiej nie istnieje jako coś realnego, z czym mógłby interferować pojedyńczy foton. Przecież zgodnie z założeniami szkoły kopenhaskiej, funkcja falowa ma nieustannie ulegać redukcji do jednego konkretnego stanu kwantowego. Rzeczywiście, tak to wygląda z poziomu obserwatora, który ma dostęp i obserwuje wynik z jednego tylko wszechświata równoległego (ściślej: z jednej równoległej linii czasowej).
Nie oznacza to jednak, że tak właśnie jest w szerzej pojętej rzeczywistości.

Dopiero po zastosowaniu kwantowej teorii wielu światów, znajdujemy wyjaśnienie tej zmodyfikowanej do pojedyńczych fotonów wersji doświadczenia Younga. Pojedyńczy foton interferuje z całą resztą funkcji falowej, którą stanowią niewidzialne w naszym wszechświecie fotony, znajdujące się w równoległych wszechświatach, których równoległa obecność i trasy - zgodnie z teorią Everetta - determinują trasę jaką przemieszcza się foton w naszej linii czasowej, w taki sposób, by zgodnie z rozkładem prawdopodobieństwa przewidzianym przez funkcję falową, chwilowe położenie i pęd pojedyńczego fotonu nie były identyczne w dwóch różnych wszechświatach równoległych. W ten sposób właśnie powstaje znany już wszystkim wzór interferencyjny.
Powyższa interpretację tego doświadczenia, którą ująłem własnymi słowami, opisał David Deutsch, i można o niej przeczytać w jego książce "Struktura rzeczywistości" (The Fabric of Reality).

Kwantowa świadomość

Zastanawialiście się, skąd się biorą treści, obrazy, sceny w Waszych snach? Skoro mój sen, o którym pisałem na początku, dotyczył przyszłego zdarzenia w rzeczywistym świecie, to nic nie stoi na przeszkodzie, by uznać, że przynajmniej ta część snów, w których widzimy zupełnie realistyczne sceny widoki, krajobrazy, miasta, domy, ulice, zdarzenia i ich szczegóły - ma rzeczywiście miejsce w którymś z wielu światów równoległych, postulowanych przez Everetta. W czasie snu, nasza świadomość może przekraczać granicę dzielącą nas od równoległych linii czasowych, a nasza pamięć może się na pewien czas "podłączyć"
do świadomości którejś z naszych kopii żyjącej w którymś ze swiatów równoległych, i rejestrować przeżycia tego naszego bliźniaka w innej linii czasowej, tak jakbyśmy to przeżywali my. Co więcej - w snach dosłownie zespalamy się z naszymi bliźniaczymi kopiami. W snach odbieramy rzeczywistość za pomocą ich świadomości, a nie naszej. Oznacza to, że śniąc dany sen - mamy w pamięci przeszłe zdarzenia, emocje, uczucia, wiedzę i umiejętności naszego bliźniaka w równoległym wszechświecie - a nie nasze. Dlatego mając na uwadze zwykły (nieświadomy) sen - śnimy go bez wpływu naszej świadomości na przebieg zdarzeń - decyduje o nich właśnie świadomość tej naszej bliźniaczej kopii. Czas nie ma tu żadnego znaczenia, możliwe jest połączenie zarówno z przyszłą jak i przeszłą równoległą linią czasową. I to by tłumaczyło mój sen deja-vu, o którym na początku pisałem...

A jak to jest, że widzimy we śnie jakiś napis czy liczbę, czytamy go, a potem spoglądamy gdzieś indziej, i znów na ten napis...
ale za drugim razem widzimy coś innego? Obserwujemy różne światy równoległe, będące takimi samymi, za wyjątkiem treści tego napisu.

Jednak z analizy moich snów wynika, że ludzie, których spotykamy w snach w części przypadków znajdują się również we śnie.
Z tym że prawie zawsze są to niematerialne dusze - świadomości ludzi ze światów równoległych, którym my się śnimy w taki sam sposób, w jaki oni nam. Jednak we śnie widzimy ich normalnie jako ludzi takie wytłumaczenie wynika z nalizy moich snów, chociażby z treści niektórych prowadzonych rozmów sennych.

Jak ustaliliśmy, choćby na podstawie doświadczeń śmierci klinicznej, istnienie duszy jest faktem. Świadomość jest niematerialna i może przebywać poza ciałem. Świadomość (dusza) w jakiś sposób jednak oddziaływuje z materią, sterując ciałem, zapewne za pomocą jakichś nieznanych jeszcze zjawisk kwantowych, rodzajów splątania kwantowego, z atomami każdej żywej komórki w naszym materialnym ciele, czyniąc go żywym, ożywiając materię. Zatem wszystko, co żyje, każde zwierzę i roślina, nawet bakterie - mają duszę bez kwantowej świadomości - duszy materia nie może być żywa. Nie oznacza to, że zwierzęta, rośliny, czy tym bardziej bakterie są świadome. Pisząc o świadomości, mam na myśli ten kwantowy pierwiastek życia, który jest odpowiednikiem w świecie duchowym. A zatem istnieje dusza, która przetrwa śmierć ciała fizycznego.
To tłumaczy, dlaczego śnią nam się nasi bliscy zmarli, i czasami podają informację, których nie można by uzyskać w inny sposób, np. w przypadku zaginięć, czy niewyjaśnionych morderstw, zmarły moze się przyśnić i podać szczegóły i okoliczności swojej śmierci oraz miejsce, w którym leży jego ciało, co może być później potwierdzone w trakcie śledztwa prowadzonego przez policję. Zdarzają się takie przypadki.
Podobnie działa nasz mózg - jest tylko odbiornikiem bytu duchowego w oparciu o zjawiska kwantowe. Jest jednak bardzo selektywny, i odbiera (analogicznie do radia) tylko jedną stację radiową (naszą świadomość), a nie transmisje na wszelkich możliwych częstotliwościach, które znajdą się w jego zasięgu.

Czasem zdarza się że jest inaczej, czy to z powodu praktyk, zdolności niektórych ludzi, czy też natury ich mózgu.
I wten sposób media na seansach spirytystycznych pozwalają na czasowe przejęcie kontroli nad swoim ciałem - innym bytom duchowym - stąd czasem mówią nieznanymi językami, bądź zmienionym, nienaturalnym głosem. To samo dotyczy opętanych, czy niekiedy uznanych za "chorych psychicznie". Zdarza się tak i bez spirytyzmu. Są przypadki ludzi, w których jednym ciele, kryje się kilka osobowości. Nazywa się to podwójną osobowością i polega na tym, że przez jedno ciało za pośrednictwem mózgu, kontaktuje się ze światem materialnym kilka świadomości (dusz). I też tu są przypadki, że ci ludzie np. znają obce języki, których nigdy się nie uczyli, i nie mieli takiej możliwości. Lunatycy wstają, chodzą, robią różne rzeczy, niekiedy takie, których nigdy by nie zrobili będąc świadomymi. Nic później po przebudzeniu nie pamiętają. Po prostu jakiś byt duchowy posługiwał się wówczas ich ciałem. W dużym uproszczeniu można się posłużyć analogią radia, telewizora - do mózgu. Widzimy i słyszymy coś w tych urządzeniach, co jednak nie jest w nich samych, a jedynie przez nie odbierane. Ale gdyby kilka wieków temu, pokazano komuś telewizor czy radio - nie dał by wiary, że to co tam widzi i słyszy, nie pochodzi z wnętrza tego urządzenia, że to urządzenie nie jest tego źródłem.
Weźmy radio na baterie, zdejmijmy obudowę, tak by był dostęp do płyty z elementami elektronicznymi (od strony lutowania)
Włączmy takie radio, dostrojmy jakąś stację. ok, wszystko gra. Teraz, gdy zaczniemy dotykać palcem tych lutowań i ścieżek na płycie, gdy trafimy na miejsce, gdzie mieści się układ pośredniej częstotliwości i tam dotkniemy, radio zacznie nam się rozstrajać, będziemy słyszeli kakofonię różnych stacji radiowych, także zagranicznych, krótkofalowych, które są nawet na innych zakresach fal. Gdy tylko odejmiemy palec, wszystko wróci do normy; znów będziemy slyszeć tylko naszą pierwotną stację.

Czasem w wyniku wykrycia np. tętniaka, wykonuje się operacje wymagające trepanacji czaszki wycina się fragment kości czaszki, by uzyskać dostęp do kory mózgowej. Pacjent może być wtedy świadomy. Lekarze robili doświadczenia, stymulując korę mózgową za pomocą elektrod, przez które przepuszczali niewielki prąd. Zmieniali w ten sposób stan świadomości pacjentów, pacjenci widzieli rzeczy, postacie, których nikt inny nie widział. Jednak nie ma możliwości by w ten sposób "dopisać" człowiekowi lub wymazać jakieś wspomnienie, coś czego ten człowiek nigdy nie przeżył, nie doświadczył. Co jest jeszcze jednym argumentem, przeciw teorii, jakoby to mózg był źródłem świadomości. Po odjęciu elektrody - wszystko natychmiast wracało do normy.

Narkotyki, czy wszelkie substancje psychoaktywne, psychodeliczne - właśnie powodują takie rozstrojenie mózgu; możliwy jest wgląd w inne światy, możliwe jest zakłócone widzenie rzeczy spoza naszej linii czasowej, ale niestety też otwiera to mózg dla innych niż nasza świadomość - bytów duchowych, co może mieć złe skutki, o jakich pisałem powyżej.

Ale wracając do snów - kto decyduje o treści naszych snów, danej nocy, w danej chwili drzemki? kto sprawia, że widzimy akurat takie, a nie inne zdarzenie, spotykamy akurat taką, a nie inną osobę i rozmawiamy z nią na określony temat, w akurat takim a nie innym świecie równoległym?

Skoro istnieje dusza, duchy, to znaczy że istnieje też cały świat duchowy, może istnieć wyższy wymiar rzeczywistości, łączący wszystkie te swiaty równoległe, w których żyją istosty z materialnym ciałem, mogą żyć w nich doskonalsze od nas istoty duchowe, które widzą całe to drzewo nazywane multiwszechświatem - jednocześnie.

To one znają naszą przyszłość w różnych liniach czasowych, różne możliwe wersje przyszłych zdarzeń, z naszym udziałem,
to one mogą decydować o treści naszych snów, łącząc nas ze światami równoległymi, pozwalając niekiedy naszym bliskim zmarłym na kontakt z nami w ważnych sprawach, a także ostrzegając nas w snach, dając symboliczne wskazówki lub wyświetlając nam w snach "zwiastuny filmu" będącego czekającym nas przyszłym wydarzeniem w jakiejś sporej procentowo liczbie przyszłych ścieżek w światach równoległych. Osobom niewidomym od urodzenia, mogą z jakichś powodów nie być dostarczane wrażenia senne zawierające obrazy.

Mieszkam w domu jednorodzinnym z działką i od drzwi domu do furtki jest chodnik (wylewka) i po środku jest wmurowany taki betonowy kwadrat z metalowym okuciem, o boku ok 70cm, przypomina klapę włazu do studzienki kanalizacyjnej, szamba itp. tylko nie ma żadnych dziurek i jest masywniejszy i ułożony równo z betonem. Jak byłem mały, może ze 4-5 lat miałem, to mam w pamięci widok jak dziadek zdjął ten kwadrat betonu i była tam wybetonowana jakaś kwadratowa studzienka, o głębokości ok 1,5 - 2m, na jej ścianach wyraźne ślady desek z szalunku i lekko pomalowane jakimś rzadkim lepikiem czy smołą. Później nikt tego więcej nie otwierał, i tak mi w pamięci został tamten widok byłem przekonany, że tak właśnie jest. A tymczasem niedawno przy okazji małego remontu i poprawek chodnika, wyszła rozmowa i babcia mówi, że to jest tylko płyta wmurowana w chodnik i niczego pod spodem nie ma, jest ziemia, i że tak było od początku.I faktycznie nie ma - sprawdziłem wbijając pod kątem metalowy pręt w ziemię - gdy by był beton, to by sie pręt zatrzymał.

Moje wyjaśnienie jest takie:
Przyjmuję teorię Everetta-Deutscha. (Istnieje stała liczba, być może nieskończenie wiele równoległych wszechświatów, w których są te same prawa przyrody). Nasza duchowa świadomość płynnie i niezauważalnie przez cały czas przełącza się pomiędzy tymi światami, ale tylko takimi, w których różnice polegają tylko na nieokreślonych subtelnych zmianach, (np. pogoda, przyroda, ludzi jakich po drodze spotykamy, a także ich nastrój w stosunku do nas, itp.), natomiast wszystkie zapisane w naszej pamięci ustalone dane - są wspólne dla tych swiatów (np. wygląd naszego domu, pokoju, miasta, budynki, drzewa, ludzie których znamy, to co mamy zapisane w zeszycie, na komputerze itp.). Jeśli jesteśmy bardziej rozwinięci duchowo, życzliwiej nastawieni do ludzi, przyrody - trafiamy do tych lepszych światów, w których czujemy spokój, harmonię, albo jest np ładniejsza pogoda, życzliwsi ludzie. W naszych snach - też to ma miejsce, z tym, że tam przełączani jesteśmy pomiędzy różniącymi się od siebie rzeczywistościami. Całą wędrówką naszej świadomości kierują istoty astralne. Wygląda to dla nas tak właśnie, jak twierdzą fizycy kwantowi, że świadomość tworzy rzeczywistość. Większość z nas nie zauważa tego, i przyjmuje po prostu jako upływ czasu w jednym wszechświecie. Jednak to co napisałem powyżej - 100% się zgadza z teorią kwantową, z doświadczeniem Aspecta, kwantową teorią świadomości Penrose'a i Hameroff'a - oraz - z moimi odczuciami. Wszystko mogło by się odbywać na zasadzie kwantowej teleportacji naszej świadomości, pomiędzy (jak już wiemy - będącymi kwantowymi komputerami) mózgami naszych bliźniaczych kopii w tych równoległych swiatach.

W tym miejscu należy wspomnieć o możliwości podróży w czasie. Zarówno w przyszłość jak i w przeszłość i to bez paradoksu dziadka, a także skoków czasowych bez wehikułów czasu, na zasadzie tego przełączania świadomości. Jest opisanych kilka takich przypadków, właśnie w wyżej wymienionej książce "Poza granicami wyobraźni".
Być może świadomość małych dzieci może być niekiedy przełączana pomiędzy nieznacznie różniącymi się światami - na co by wskazywało to moje doświadczenie z brakiem studzienki widzianej w dzieciństwie.
To wyczerpująco wyjaśniałoby zarówno realistyczne jak i symboliczne sny prorocze ludzi.

Tutaj możemy wreszcie spróbować wyjaśnić czym jest tzw. przeczucie czy intuicja.

Być może jesteśmy ostrzegani w podobny sposób na jawie, albo w jakiś sposób odbieramy silne emocje naszych bliźniaczych kopii z równoległych ścieżek, którym w wyniku decyzji objętej przeczuciem stało się coś dobrego lub złego. Bliska nam zmarła osoba, miała wgląd do funkcji falowej przyszłości (wszelkich możliwych rozwiązań zdarzeń z naszym udziałem) i mogła nas zawczasu ostrzec dając znak, ktory odbieramy jako przeczucie, intuicję.
W ten sposób mogą istnieć w naszej świadomości wszelkie nieuzasadnione lęki i fobie przed określonymi rzeczami i sytuacjami. Któremuś z naszych bliźniaków w równoległej linii czasowej, przydarzyło się coś złego i było związane z daną rzeczą, sytuacją, okolicznością i na zasadzie przeczucia lub jakiegoś zapomnianego snu - przeniknęło do naszej świadomości.

Teoria superstrun przewiduje istnienie wibrujących cząstek o rozmiarach zbliżonych do długości Plancka (około 10^-35m).
A więc nieporównywalnie mniejszych od atomów, nukleonów i tworzących ich kwarków. Może to być podstawowy budulec multiwszechświata. Tam właśnie może być świadomość, duch, która dzięki tak małym rozmiarom jest wszystko przenikać.
Postuluje się też istnienie nieco większych mikrotuneli czasoprzestrzennych, ale też w okolicach długości Plancka. Być może są to tunele łączące równoległe wszechświaty zarówno materialne jak i duchowe z naszym. Możliwe, że są to właśnie te tunele, które widzieli ludzie będący w stanie śmierci klinicznej. Możliwe też, że w czasie snu, poprzez takie mikrotunele, nasza świadomość ma wgląd w równoległe wszechświaty.

Projekt globalnej świadomości.

W 1997 roku, w dniu tragicznej śmierci księżnej Diany, badacze z Uniwersytetu Princeton, zaobserwowali anomalie (piki) w wykresie będącym obrazem losowego szumu wytwarzanego przez niewielkie pudełka - urządzenia podłączone do komputerów - sprzętowe generatory losowe. Podobne anomalie pojawiały się za każdym razem, gdy miało miejsce jakieś zdarzenie, które wstrząsnęło całym światem. 11 września 2001 roku - anomalie pojawiły się 4 godziny przed uderzeniem samolotów w wieże WTC. W grudniu 2004 roku miało miejsce tragiczne tsunami na Oceanie Indyjskim, w wyniku którego śmierć poniosło ponad 230 tysięcy osób. Urządzenia zarejestrowały także to zdarzenie z wyprzedzeniem czasowym. Anomalie pojawiają się także co roku także w czasie przejścia ze starego roku do nowego, co godzinę zgodnie ze strefami czasowymi.
Tak oto powstał na Uniwersytecie w Princeton, pod kierownictwem Rogera Nelsona - Projekt globalnej świadomości (GCP - Global Consciousness Project). Do tej pory zarejestrowano około 400 anomali, które można powiązać ze zdarzeniami na świecie, które wstrząsnęły świadomością duzej liczby ludzi. Używane w GCP generatory liczb losowych generują szum elektroniczny na zasadzie zjawiska kwantowej nieoznaczoności. Według teorii, tak wytworzony szum - powinien być całkowicie nieprzewidywalny, losowy. Tak jednak nie jest. Urządzenia są rozmieszczone w różnych częściach świata, najwięcej jest ich w Ameryce Północnej i w Europie. Jedno z nich jest w Polsce, w Collegium Civitas, w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie.
W sumie na dzień dzisiejszy na całym świecie jest ich około 100.

Wyjaśnienie zjawiska:

Zjawiska kwantowe w tych generatorach, odpowiadające za "losowy" szum powstający w tych urządzeniach, są modulowane przez bezcielesne byty duchowe. W ten sposób powstają właśnie te anomalie. Nie jest to tak jak sądzą autorzy eksperymentu, że wpływ na ich pracę ma zbiorowa świadomość dużej liczby ludzi. Świadomość żywych ludzi nie ma żadnego wpływu na zjawiska kwantowe w tych urządzeniach. Są to różnorakie dusze, byty duchowe, także te złe, nieczyste - których świadomość wpływa na te losowe zjawisko w urządzeniu. Wiedzą one z pewnym wyprzedzeniem czasowym o zdarzeniach na świecie, gdyż mogą przenikać materię, obserwować zdarzenia w przyrodzie, zanim jeszcze zarejestują je przyrządy (tsunami-sejsmografy),
poczynania ludzi odpowiedzialnych za zamachy terrorystyczne (WTC - 2001). Na tej właśnie zasadzie zwierzęta są informowane z wyprzedzeniem czasowym, i opuszczają zawczasu miejsca katastrof. Ich mózgi nie są tak selektywne jak ludzkie, i mogą odbierać emocje, myśli takich bytów duchowych. Te generatory to są najprymitywniejsze jakie tylko mogą istnieć - kwantowe odbiorniki świadomości, nie są ani czułe ani selektywne, odbierają wszystko co się z nimi połączy; podobnie jak najprymitywniejszy, nie posiadający filtrów radioodbiornik o dużych szumach własnych - odbierający wszystkie częstotliwości, programy jednocześnie. W rzeczywistości te generatory odbierają świadomość bytów duchowych na tej samej zasadzie co mózg. Zarówno mózg, jak i te generatory odbierają duchową świadomość w oparciu o zjawiska na poziomie kwantowym.
Kwantową teorię świadomości Orch-OR (Orchestrated Objective Reduction) - opracowali Roger Penrose i Stuart Hameroff.
Mikrotubule, stanowiące cytoszkielet neuronów są rurkami zbudowanymi z białka tubuliny. Wewnątrz tych rurek znajduje się czysta woda, która w takiej nano-postaci zachowuje koherencję kwantową, za sprawą duchowej świadomości, z którą jest połączona. Tam, w świetle mikrotubul znajduje się właśnie kwantowe połączenie świata duchowego z materialnym. Mikrotubula sama z siebie nie tworzy świadomości, ale jest rodzajem komputera kwantowego - przekaźnika sterowanego poprzez duchową świadomość, która jest sprzężona i jest w stanie modulować i kontrolować koherencję zjawisk kwantowych wewnątrz mikrotubuli.
Neuronalna transmisja synaptyczna jest sterowana sygnałami z mikrotubul, i jest jedynie "drugim szczeblem" w procesie ożywiania materialnego ciała przez duszę. Mózg jest bardzo zaawansowanym, o wysokiej czułości, selektywnym kwantowym obustronnym łącznikiem materialnego ciała z duchową świadomością, i na ogół odbiera czysto i bez zakłóceń jedną świadomość danego człowieka (duszę). Podobnie jak komputer kwantowy, mózg składa się z nie jednej a wielu bramek logicznych (mikrotubul w miliardach neuronów) w celu koherentnego współgrania z jedną duchową świadomością i eliminacją błędów kwantowych. Błędy kwantowe objawiają się niemożnością pełnej kontroli nad mózgiem jednej duszy. Wówczas mamy do czynienia z różnymi chorobami psychicznymi, schizofrenią paranoidalną , itp. błędy takie powstają także wskutek uszkodzenia mózgu w czasie wypadków, jak też w przypadku zażycia narkotyków, np LSD, DMT i innych substancji psychodelicznych. Uszkodzone mikrotubule wypadają z koherencji z jedną świadomością i są przejmowane przez inne byty duchowe.
Wszelkie tego typu eksperymenty związane z próbą rejestracji bytów duchowych poprzez różne urządzenia elektroniczne - są niebezpieczne dla ich autorów. Niestety, nie wszystkie byty duchowe są szlachetne. Dręczenia, opętania, koszmary senne, to przykłady ich działań. I psychiatrzy diagnozują chorobę psychiczną, nie wiedząc z czym tak na prawdę mają doczynienia, bo nie znają prawdziwej natury świadomości.

Nie wolno wywoływać duchów, szukać kontaktów ze zmarłymi, uprawiać czarów, wróżb, stosować różdżek, wahadełek, i wszelkich podobnych rzeczy. Nie rozumiem czemu tyle ludzi czyta horoskopy, czy korzysta z usług wróżek. Tak, duch może coś powiedzieć o przyszłości, czy osobie, która szuka takich informacji. Miejcie jednak świadomość że są to złe duchy. Takie informacje nie przyniosą Wam szczęścia.
Zabrania tego Biblia, i takie też jest moje zdanie.

Jeśli coś z przyszłości będzie miało Wam być objawione, to tak się stanie bez Waszej ingerencji, czy to w postaci snu, czy też przeczucia, intuicji. Jednak właśnie tam, w tym najwyższym wymiarze, ponad multiwszechświatem, bądź jeszcze wyżej, bo nie wiemy jaka jest liczba takich wymiarów i multiwszechświatów, badając otaczającą nas rzeczywistość, wciąż odkrywamy, że to co dotychczas uważaliśmy za całość, okazuje się tylko maleńką cząstką czegoś znacznie większego - powinna być jedna wszechobecna świadomość, siła sprawcza która przenika wszystko, co istnieje i widzi całe swoje dzieło stworzenia, we wszystkich jego czasach i wymiarach jednocześnie. Nic nie stoi na przeszkodzie, by nazwać tę świadomość Bogiem.

Mam wrażenie, że to właśnie ostateczne, wobec niezbitych dowodów, naukowe potwierdzenie duchowego świata, duchowej świadomości wraz z niezliczonymi równoległymi wszechświatami - będzie największym odkryciem naukowym w historii ludzkości. Odkryciem, które powinno zostać dokonane już niedługo, wcześniej aniżeli odkrycie za pomocą radioteleskopów przez program SETI inteligentnego życia pozaziemskiego, cywilizacji zamieszkujących pozasłoneczne planety.

Budowane są coraz potężniejsze akceleratory cząstek, takie jak Wielki Zderzacz Hadronów (LHC) w CERN. Stosuje się coraz większe energie zderzeń, rozbijając cząstki na coraz mniejsze, o coraz to większej energii wiązania. Naukowcy próbują znaleźć przewidzianą przez Model Standardowy cząstkę, która nadaje materii masę, zwaną bozonem Higgsa, będącą cząstką pola Higgsa. Jaki będzie wtedy świat, jak i czy zmienią się ludzie? Czy nadal będą zabijać zwierzęta, wiedząc już na pewno, że wszystkie one mają duszę?
Trudno mi sobie teraz to wszystko wyobrazić...
Przedstawię Wam analogię teorii miejsca Ziemi w Układzie Słonecznym, do teorii świadomości.

Wiek XV - XVI Powszechnie w świecie przyjmuje się teorię geocentryczną, jednak jest Kopernik, Galileusz, którzy twierdzą, że Ziemia jest kulą, jedną z planet, trzecią w kolejności i krąży wraz z nimi wokół Słońca. Za tą "herezję" omal nie zostali spaleni na stosie przez inkwizycję. Był też Giordano Bruno, który twierdził ponadto że Słońce jest tylko jedną z niezliczonych gwiazd,
że wszechświat jest ogromny, że wszędzie obowiązują te same prawa, że wokół innych gwiazd krążą planety, które podobnie jak Ziemia - są zamieszkałe przez istoty rozumne. Ten wizjoner za tak absurdalne herezje - został spalony na stosie.

XX i początek XXI w. - Powszechnie w świecie naukowym przyjmuje się teorię, że to mózg jest źródłem świadomości, jednak jest Penrose i Hameroff, którzy twierdzą, że świadomość jest duchowa i łączy się z mózgiem za pomocą zjawisk kwantowych, w ten sposób ożywiając ciało. Dziś nie pali się już ludzi na stosach, jednak w świecie naukowym ich teoria nie ma poparcia.
Był też Hugh Everett III, który twierdził że funkcja falowa nie ulega redukcji, że wszystkie możliwe jej stany są rzeczywiste i zachodzące, że gęstość prawdopodobieństwa funkcji falowej, odpowiada gęstości wszechświatów równoległych w których jej poszczególne stany kwantowe się realizują, że liczba tych wszechświatów może być nieskończona i że wszystko co jest możliwe - ma na 100% miejsce gdzieś w multiwszechświecie. Te "herezje" tylko niewielka część naukowców traktuje poważnie, i to dopiero od bardzo niedawna. Dla przytłaczającej większości ludzi jest to czyste science-fiction.

W obu przypadkach była jakaś część ludzi, która wierzyła w obie teorie, jednak stanowili mniejszość, a przynajmniej nie byli w stanie przekonać ogółu do nowatorskich teorii.
W pierwszym przypadku wszystko okazało się prawdziwe (życia na innych planetach nie możemy odkryć tylko z powodu niewyobrażalnych odległości do gwiazd i galaktyk).
Naprawdę wierzycie, że w drugim przypadku nie będzie dokładnie tak samo?

Wreszcie przedstawię Wam najlepszą analogię jaka tylko mi przyszła na myśl, jeśli chodzi o porównanie do czegoś powszechnie znanego, relacji: świadomość (dusza) - mózg - ciało.

Każdy z Was zapewne miał w ręku telefon komórkowy. Większość z Was wie, że znajduje się w nim karta SIM, do której przypisany jest numer. Natomiast wszystko co jest z tą kartą SIM (numerem) związane, a więc: rachunek, stan konta, dane właściciela, usługi, taryfy,poczta głosowa, nagrane powitanie i wiadomości, itp. - znajduje się u operatora na centrali. Gdy przełożymy kartę SIM do innego telefonu - tym samym nadamy mu numer przypisany do tej karty SIM.

Załóżmy że istnieje tylko jeden jedyny operator komórkowy, i ma absolutnie wszędzie 100% zasięg. Telefonów są miliardy, ale każda karta SIM ma swój unikalny kod, dzięki czemu łącząc się z centralą poprzez niewidzialne fale radiowe - jest unikalna, i zawsze loguje się tylko pod własnym numerem - numery i karty SIM nie mieszają się.

Gdy włączamy telefon - loguje się on do sieci, i reprezentuje numer, z którym mozna sie kontaktowac przez tenże telefon. Załóżmy, że telefon ani karta SIM nie zawierają pamięci - wszystkie kontakty, SMSy i inne dane - są zapisane na centrali w pamięci należącej do operatora, w katalogu opisanym tymże numerem. Załóżmy też, że uszkodzona karta SIM, może powodować że telefon będzie odbierał i przetwarzał zakłócone dane z innych, nieznanych numerów, a także będzie podatny na wpływ hakerów - a więc nie będzie działał normalnie. Zniszczenie telefonu i karty SIM - nie powoduje zniszczenia i utraty numeru i danych na centrali.
Numer i wszystko co z nim związane - pozostaje nienaruszony i jest własnością i cząstką operatora.
W przypadku odbudowania/naprawienia uszkodzonego telefonu lub/i karty SIM - numer będzię funkcjonował tak samo jak poprzednio - wszystkie przypisane mu dane (pamięć) - zostały zachowane. Nadal będzią mogły zadzwonić (kontaktować się z nim) osoby które go znają, jak i będzie się prezentował tym, do których dzwonimy. Wszystkie numery są jednością, bowiem znajdują się na jednej pamięci, są ze sobą w ten sposób połączone, i są częścią operatora.

I teraz najważniejsze:

Ludzkie ciało - to telefon komórkowy.
Mózg - to karta SIM
Dusza(świadomość,osobowość) - to numer na centrali i wszystko co jest z nim związane.

Operatorem sieci - jest Bóg.

---

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl