Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sekret. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sekret. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 lutego 2011

„Sekret” – prawda czy takie tam …? Cz. 2

Dlaczego różne wspaniałe techniki i metody spełniania marzeń oraz radzenia sobie z przeciwnościami losu działają dla innych, ale nie dla nas? Jak sprawić by zadziałały?

Jak już napisałem wcześniej „Sekret” działa. Sprawdziłem to! Wcześniej niż opisany w pierwszej części artykułu eksperyment z monetą, wykonałem jeszcze kilka mniejszych prób tzn. dotyczących naprawdę drobnych rzeczy. Efekt był zawsze tak samo pozytywny, tylko pojawiał się szybciej tj. tego samego dnia lub następnego! Celowo nie opisuję pewnych szczegółów, bo zasadą „Sekretu” jest, aby nie myśleć o tym, w jaki sposób otrzymamy lub osiągniemy pożądaną rzecz czy stan rzeczy. Nie powinienem i nie chcę niczego Wam sugerować, bo to może i z pewnością będzie przeszkadzać w osiągnięciu Waszych celów. Opatrzność ma swoje ścieżki i sposoby - zawsze niepowtarzalne i zaskakujące.

Dlaczego więc nie potrafimy zrealizować większych marzeń, tych o wspaniałej pracy, która daje nam satysfakcję i godziwe pieniądze, o własnym wygodnym domu, położonym w pięknej okolicy, o zdobyciu popularności, szczęśliwym związku lub posiadaniu wystarczającej ilości pieniędzy, aby podróżować, i wielu, wielu innych?
Niemal każdy mógłby dodać do powyższej listy jeszcze kilka swoich szczególnych pragnień, które wydają się być poza zasięgiem możliwości. Przyczyny tego, że nasze marzenia pozostają wciąż „tylko” marzeniami, mogą być różne. Najpierw spróbujemy je nazwać, a później zastanowimy się jak ograniczyć ich oddziaływanie. Tak, to jest możliwe!

Po pierwsze, nie praktykujemy, lub jeśli już to robimy, to nie stosujemy się do zaleceń.
Ileż to razy kupiliśmy wspaniałą książkę z gatunku „self-help”, która nas zachwyciła? Przeczytaliśmy, zadumaliśmy się na chwilę nad jej wspaniałością, nad prostotą i oczywistością przesłania autora, nad bezgraniczną miłością i hojnością Stwórcy? Może nawet próbowaliśmy przez jakiś czas stosować się do opisanych metod i zasad, po czym, stwierdzając, że nie działają, odkładaliśmy książkę na półkę myśląc „może kiedyś do tego wrócę, jak będę miał(a) więcej czasu i spokoju”. Niektórzy z kolei praktykują bardziej konsekwentnie, ale za to zbyt gorliwie. Co chwilę, niecierpliwie wypatrują rezultatu. Zniecierpliwienie jest wyrazem braku wiary, a brak wiary w powodzenie znacznie utrudnia osiągnięcie celu. Akurat w przypadku „Sekretu” niezachwiana wiara jest podstawowym warunkiem.
A zatem, brak nam konsekwencji, wytrwałości, cierpliwości i wiary. Najbardziej jednak brak nam odwagi potrzebnej do opuszczenia naszej „strefy komfortu”. A strefa komfortu to bardzo silny mechanizm obrony przed nieznanym, przed niekoniecznym ryzykiem – ryzykiem, które, jak podświadomie zakładamy, musi wiązać się z opuszczeniem dobrze nam znanych terytoriów i wypłynięciem na szersze, nieznane wody.

Po drugie, mamy więc swoje strefy komfortu! I wcale nie chodzi tu o ulubioną kanapę przed telewizorem. Po prostu, tak bardzo przyzwyczajamy się do tego, co jest nam dobrze znane, choć często (obiektywnie rzecz biorąc) nieatrakcyjne, że podświadomie wolimy stare trudności niż nowe, nieznane nam dotąd, przyjemności. Jest nam względnie dobrze tak jak jest! Nawet, jeśli kupujemy odpowiednie książki, z czasem tworzymy z nich zasoby nazwane przez kogoś „shelf-help”, czyli taką „pomoc na półce”. Czujemy się lepiej, bo wiemy, że w razie czego możemy sięgnąć do tej półki, i … to nam wystarcza. Dochodzimy do wniosku, że „praca, którą mamy nie jest taka zła”. Myślimy, choć często sami przed sobą się do tego nie przyznajemy, że „przynajmniej wiem na czym stoję”. Przychodzi nam do głowy, że właściwie, teraz, nie jesteśmy jeszcze gotowi na jakieś rewolucje w naszym życiu, bo tak jak żyjemy „da się żyć” a co nas czeka, jeśli spróbujemy pójść za naszym marzeniem, tego nie wiemy. Obawy biorą górę nad pragnieniem. Są to obawy przed nadmiarem pracy, którą trzeba będzie wykonać, przed goryczą porażki, przed ośmieszeniem się, przed gderaniem bliskich, przed utratą tego, co już mamy …


Spróbujcie, na początek, nazwać wasze obawy – dla każdego marzenia, czy też pragnienia, oddzielnie.


O strefach komfortu możecie przeczytać nieco więcej np. tutaj: 
Link Opuścić strefę komfortu

Po trzecie, mamy swoje niewyczerpane źródło obaw i lęków! Są nim głęboko zakorzenione w naszej podświadomości przekonania, co do własnych możliwości, zdolności, pracowitości i talentów, szczęścia lub pecha, i wiele innych. Jeśli przeczytaliście „Potęgę podświadomości” Murphy’ego, lub inną podobną książkę, to wiecie już skąd się wzięły te przekonania.  Bez wnikania w szczegóły, wzięły się z naszych własnych doświadczeń (potknięć, porażek, sukcesów, zgromadzonej wiedzy „obiektywnej”, …) ale także z doświadczeń innych osób, z którymi zetknęliśmy się bezpośrednio lub pośrednio w dotychczasowym życiu (rodziców, rodziny, rówieśników, partnerów życiowych, trenerów, pisarzy …). Jeśli pośród tej drugiej grupy nie spotkaliśmy przynajmniej jednej osoby, która była naszym „kochającym lustrem” (ang. loving mirror), o którym wspominałem już w artykule „Znajdźcie czas na marzenia!”, to istnieje duże ryzyko, że mamy w podświadomości mocno zniekształcony obraz samych siebie. Obraz, który jest zdeformowany i umniejszony przez wpływ cudzych obaw i bolesnych porażek, przekazanych nam i utrwalonych w ciągu wielu lat, w drodze napomnień, ostrzeżeń, przykładów, zakazów i nakazów, itd. Jako uzupełnienie wątku polecam lekturę artykułu Pana Wojciecha Diechtitara pt. „Jesteś doskonały”, który zamieszczę niebawem na moim blogu.
Poza tym, jeśli nie mieliśmy bliskiej styczności z osobą, która potrafiła pokonywać lęki i podejmować ryzyko w imię swoich marzeń, i która pokazała nam, że sukces, szczęście i satysfakcja są możliwe do osiągnięcia, to niby skąd mamy wiedzieć jak to się robi?!

Po czwarte, nie szukamy potrzebnej wiedzy! Niestety, niektórym nawet nie przychodzi do głowy myśl o tym, że mogliby podjąć starania, aby wydostać się z zaklętego kręgu niemożności i „ulepszyć” swoje życie. Nie odczuwają takiej potrzeby ani nie tęsknią za czymś niezwykłym, piękniejszym i pełniejszym. Nawet, jeśli imponuje im luksusowe życie innych ludzi, uważają, że to wynik ich znajomości, nieczystych interesów albo odziedziczonego majątku. Koncentrują się na narzekaniu i przepowiadaniu kolejnych nieszczęść. Ci lubią myśleć „ach, gdybym tak wygrał parę milionów w lotka to całkowicie zmieniłbym swoje życie”. Nic bardziej mylnego!
Inni, chociaż starają się, pracują na dwóch etatach, szukają kontaktów, otwierają kolejne biznesy, wkładają ogromny wysiłek w poprawę bytu swojego i swojej rodziny, nijak nie potrafią oderwać stóp od ziemi nawet na milimetr, a jeśli nawet wzniosą się na moment to szybko spadają z hukiem na ziemię. Ich wysiłki kończą się kolejnymi niepowodzeniami. Nie wiedzą, bo i skąd, że przyczyna niepowodzeń leży głęboko w ich podświadomości, w ich sposobie widzenia świata i siebie samych. Może i sięgnęliby po pomocną wiedzę, ale nikt nie powiedział im, że jest ona dostępna i gdzie jej szukać.

Istnieje jednak całkiem liczna grupa ludzi, którzy otwierają szeroko oczy i umysł, rozglądają się, poszukują, czytają, eksperymentują, podążają za różnymi teoriami i własną intuicją, słuchają różnych nauczycieli, i jeśli mają odrobinę szczęścia w końcu udaje im się odnaleźć własną drogę i dotrzeć do szczęścia. Od takich ludzi warto się uczyć. Warto czerpać z ich wiedzy i doświadczenia, warto słuchać i rozglądać się aby nie przegapić podpowiedzi, którą podsuwa nam „los”.

 Kiedyś, mój kolega z pracy, który interesuje się psychologią, siłami umysłu i NLP, pożyczył mi pierwszą właściwą lekturę. Była to książka rzymsko-katolickiego księdza Justina Belitz’a OFM pt. „Sukces – pełnią życia”. Gorąco polecam ją tym, którzy obawiają się, że zbyt otwarte, „ponadreligijne” myślenie nadwątli ich katolicki kanon wartości. To była iskra, która rozpaliła moją ciekawość i spowodowała, że sięgnąłem po cały szereg kolejnych lektur i zacząłem próbować jak działają opisane w nich metody.

Jak więc zabrać się do dzieła i przełamać tkwiące w nas ograniczenia? Jak poradzić sobie z podstawowymi trudnościami i gdzie szukać stosownej wiedzy? Jakich użyć metod i jak nie przegapić swoich szans?
Odpowiedzi nie uda się udzielić w kilku zdaniach. Dlatego też musicie uzbroić się w odrobinę cierpliwości. Niebawem, w trzeciej części tego artykułu poszukamy odpowiedzi na powyższe pytania.
W międzyczasie nie zapomnijcie marzyć i (jeśli tylko możecie) czytajcie książki, które Wam zarekomendowałem. To da Wam wystarczające przygotowanie teoretyczne a jednocześnie sprawi Wam, co gwarantuję, ogromną przyjemność i przygotuje Was mentalnie do szerszego otwarcia umysłu.

Namaste

Greg Ka

PS. Jeśli spodobał Ci się ten artykuł i chcesz pobrać jego kod HTML to skorzystaj proszę z tego linku Link Sekret cz-2 

czwartek, 10 lutego 2011

„Sekret” – prawda czy takie tam …? Cz. 1



Niedawno, przez przypadek obejrzałem jeden z odcinków programu Pani Doroty Welman pt. „Czytam bo lubię” (TVN), w którym lubiana – także przeze mnie – Pani Dorota, porównywała dwie popularne książki. Pierwsza z nich to znana i powszechnie chwalona książka „Kto zabrał mój ser” Spencera Johnson’a , druga zaś to względnie nowy choć niemal równie popularny tytuł „Sekret”, którego autorką jest Pani Rhonda Byrne. To, co za chwilę przeczytacie pewnie Was zdziwi. Szczególnie, jeśli znacie obie te książki.


Nie ma wątpliwości, że książka „Kto zabrał mój ser”, jest zasłużenie uznawana za trafne studium, pokazujące podstawowe różnice pomiędzy skrajnie odmiennymi postawami ludzi wobec nieoczekiwanej zmiany, a w szczególności zmiany na gorsze.  Przyznaję na wstępie, że tej książki nie czytałem. Niemniej jednak, rekomendacje, które wystawili jej ludzie, którym ufam i których ogromnie cenię, a także krótkie, ale esencjonalne streszczenie, które przedstawiła Pani Dorota, potwierdzają niewątpliwą wartość tej pozycji. Nagła, niespodziewana zmiana, to coś, czego większość ludzi nie akceptuje, nienawidzi i obawia się najbardziej! Ciekawe dlaczego? Przecież, jako dzieci i w wieku młodzieńczym, choć – teoretycznie – nieprzygotowani, znosimy wielokrotne zmiany szkół, środowiska, grupy przyjaciół i inne, właściwie bez zmrużenia oka! Jednak nie o tym chcę dzisiaj napisać. Głównym tematem na dzisiaj będzie książka Pani Rhondy Byrne.


Tę książkę przeczytałem. Nawet więcej niż jeden raz. Kupiłem ją właściwie przypadkowo, w jakimś hipermarkecie, w momencie, w którym właśnie wchodziła na Polski rynek. Tak, często kupuję książki pod wpływem impulsu. Zwykle, kiedy kupuję książki z gatunku „self-help”, czyli poradników z gatunku „jak sobie (samemu) pomóc”, a nie kupuję ich na pęczki, próbuję sprawdzić przedstawione w nich metody, techniki i teorie. Moja pierwsza konkluzja, już na początku pierwszego czytania, była mniej więcej taka: Czysto amerykański marketing! To, co wiem, podają w formie, która może trafić – co najwyżej – do przeciętnych amerykańskich gospodyń domowych i egzaltowanych, zainteresowanych ezoteryką, panienek cierpiących z powodu nieszczęśliwej miłości do Georga Clooney’a, czy też innego gwiazdora. I tutaj w zasadzie kończy się lista mankamentów tej książki.


Czy to możliwe?! Czy szczęście, radość, poczucie bezpieczeństwa i spełnianie marzeń może być aż tak proste i aż tak łatwo osiągalne?! No cóż, i tak i nie!


Sprawdziłem osobiście ich podstawową teorię – „teorię piórka”. Tak ją sobie nazwałem na własny użytek. Tak się złożyło, że w tamtym czasie, niemal rok temu, nie miałem specjalnego kłopotu ze spełnieniem podstawowego warunku „bycia szczęśliwym” tzn. utrzymania się w stanie szczęśliwości (lub „względnej” szczęśliwości) przez cały czas trwania eksperymentu. Wyobraziłem sobie, co chcę otrzymać, a dokładniej znaleźć (miało mi to nieomal „spaść” z nieba). Potem o sprawie zapomniałem, bo byłem bardzo zajęty i nie czyniłem żadnych, nawet minimalnych wysiłków w kierunku otrzymania tej rzeczy. Była to moneta 5-cio złotowa, specjalnie oznaczona (w pewien sposób uszkodzona).


Minęło około sześciu tygodni. Całkowicie zapomniałem o sprawie. Nie myślałem o tym zupełnie. Rzecz była na tyle mała, że nic od niej nie zależało. I nagle jest! Zachwycający, spektakularny, brawurowy i niezwykły sposób, w jaki ta moneta została mi podana przez „los”, nie budzi moich najmniejszych wątpliwości, co do skuteczności technik przedstawionych przez Panią Byrne. Z jednej strony, mnie to nie zdziwiło, bo przecież wiem jak to działa! Z drugiej jednak strony, sposób, w jaki działają sprawcze siły Stwórcy potrafi zwalić na kolana i zaszokować każdego niedowiarka. Niech Was więc nie zmyli komercyjny i dość naiwny styl „Sekretu” – TO DZIAŁA!


Niestety tutaj kończą się dobre wiadomości. Problem zaczyna się, kiedy chcemy „wyczarować” coś większego. Nie zmienia to faktu, że tzw. „Prawo przyciągania”, które w zasadzie powinno się nazywać „Prawem kreacji”,  działa niezawodnie, doskonale i zawsze, tak samo, a może i lepiej niż „Prawo grawitacji”.  


Czemu nie potrafimy skorzystać z tego fantastycznego daru Stwórcy tak jakbyśmy tego pragnęli?! Co, i dlaczego, nas ogranicza?!


Szukajcie wyjaśnienia na moim blogu, lada dzień. Nie spodziewajcie się jednak, że znalezienie klucza zajmie Wam pięć czy dziesięć minut! Poprowadzę Was ścieżką, którą sam przeszedłem, i ciągle jeszcze przemierzam, jako początkujący poszukiwacz, jednak pod warunkiem, że ostatnie kilometry (nie wiem ile ich jeszcze przed nami) przejdziemy razem.


Jeśli już zaczęliście znowu marzyć, ruszajcie ze mną w drogę. Zabierzcie ze sobą otwarty umysł!


Namaste 
Greg Ka


PS. Jeśli spodobał Ci się ten artykuł i chcesz pobrać jego kod HTML to skorzystaj proszę z tego linku Link Sekret cz-1